Pnie się w górę w piramidzie wartości – doświadczanie

Dlaczego doświadczanie?

 

Pisałam Wam już o dwóch najważniejszych, i to niejednokrotnie: o wolności i o życiu w zgodzie ze sobą (i w sprzeciwie wobec systemu). Dziś będzie o jeszcze jednym niezmiernie ważnym aspekcie życia. O doświadczaniu.

Tak – umyślnie nie napisałam tu: doświadczEnie, a doświadczAnie. Bowiem są to dwie całkowicie odmienne od siebie sprawy. Doświadczenie, poza sensem czystko naukowym, ma też swoje uzasadnienie w codzienności. Doświadczyć można przemocy, szczęścia…  Doświadczyć to spojrzeć, dotknąć, przeżyć i iść dalej. Ma wpływ na nasze życie, jednak często jest traktowane jednorazowo, nie traktuje się go jak długofalowej nauki.

Zupełnie inaczej sprawa ma się z doświadczaniem. Jeśli tylko zechcemy trwać w „tu i teraz” i pozwolimy sobie na przeżywanie każdej chwili jakby była tą ostatnią, to wówczas dajemy sobie szansę na naukę i rozwój. Zmienia się nasze postrzeganie tego, co jest dobrze a co złe. Co bawi, a co boli…

Każda sekunda naszego trwania to doświadczanie – przypadkowe spotkania, nieśmiałe uśmiechy, długie rozmowy. Lecz także: kłótnie, ból i rozłąka. Dzięki doświadczaniu wzrastamy – to pojęcie bardzo złożone i niejednoznaczne. Ono daje nam siłę i uczy, jak zachować się, gdy dana sytuacja wydarzy się po raz drugi. Co więcej, jeśli zatroszczymy się o nasz umysł, to każdy ważny moment życia pozostanie na długo w pamięci.

Doświadczanie w tym roku uplasowało się na bardzo wysokiej pozycji w mojej piramidzie wartości. Zrozumiałam, że o to właśnie w tym życiu chodzi. O to, by doświadczać i przeżyć jak najwięcej, zapamiętać, chłonąć, uczyć się, rozmawiać, poznawać…

Dotarło do mnie, wiecznego dusigrosza, że niejednokrotnie to, co przeżyję, będzie liczyło się bardziej niż kwota przeznaczona na tenże cel. Zrozumiałam (czyt. w pełni pojęłam), że pieniądze to rzecz nabyta i raz są, a kiedy indziej już ich nie ma.  I nie ma tu powodu, by płakać. Co ma się wydarzyć, to przyjdzie – tak najwyraźniej ma być. (A wierzcie mi, takie nastawienie pozwala wyciszyć umysł i nie brać życia w stu procentach na poważnie – gdy człowiek się tak nie przywiązuje, czuje się wolny. Nie jest niewolnikiem tego, co posiada).

Ale pojęłam jeszcze jedną, bardzo istotną rzecz. Otóż – każda chwila naszego życia, odpowiednio przeżyta, w skupieniu i ze świadomością, jest cenną lekcją. Na dodatek, nie jest to sucha teoria, jaką karmi się dzieci w szkole, a krwista, soczysta, ze szczerego serca dana praktyka.  Podróż wniesie więcej wiedzy o świecie niż zajęcia z geografii, fotografowanie da umiejętności cenniejsze niż te wyniesione z lekcji techniki a obserwacja przyrody i ciekawość świata pozwala na jego poznanie głębiej niż jakikolwiek wykład z biologii, fizyki czy matematyki. Bo widząc zmieniającą się rzeczywistość, chcę pogłębiać wiedzę: sięgam po książki i naprawdę skupiam się na tym, co w nich napisano, nie praktykuję bezmyślnego wkuwania.

Powiem Wam w sekrecie, że dobrze mi się żyje, trwając w „tu i teraz” i czerpiąc naukę z każdej nadarzającej się okazji. A dzięki temu, że całą sobą chłonę rzeczywistość, to zapamiętuję z niej wszystkie ważne momenty i kreuję piękne wspomnienia.

A z racji tego, że i ból umacnia, to dziś pokażę Wam, że każde – nawet najgorsze dni – wiele nam dają (o ile oczywiście zachcemy dostrzec tę naukę).

 

 

Jaki był ten 2016. rok?

 

 

Bulimia

Zimą zaczęłam po raz kolejny walczyć z bulimią. Było dobrze aż do kwietnia. Po czym upadłam znowu. Niejednokrotnie. Nikt nie mógł mi pomóc, bo sama nie byłam w stanie przyjąć pomocnej dłoni. Nie ułatwiały mi tego ani moja duma, ani wewnętrzna suka, szepcąca „ze wszystkim poradzę sobie sama”. Było trudno, było źle. Było tak kiepsko, że aż nie jestem w stanie przywołać jakiejkolwiek pozytywnej emocji z okresu choroby. Ale pisząc te słowa, uświadomiłam sobie jeszcze jedną – przerażającą – kwestię. Nie pamiętam, by cokolwiek ważnego działo się w moim życiu od początków ED aż do późnej wiosny tego roku (a może nawet i lata…).

A zagłębiając się jeszcze bardziej: nie mogę przypomnieć sobie zbyt wielu dobrych rzeczy, które przydarzyły mi się w ubiegłych trzech latach – byłam tak negatywnie nastawiona, smutna i słaba, że nie skupiałam się na dobru i nie zapamiętałam nic, co mogłoby wywołać uśmiech na mojej twarzy. Przed światem bosko grałam, lecz w środku: była zrozpaczona, mała dziewczynka, która pałała nienawiścią do samej siebie (co przekładało się na nienawiść do świata). Pamiętam tylko rozstania, straty, ból, nienawiść i strach. Nie za ciekawie, co? Jednak dziś mogę podsumować moją walkę dwoma słowami – udało się.

Dzięki piekłu bulimii zaczęłam doceniać to, co mam. Cieszyć się z każdej sekundy, bowiem ponad dwa lata zostały (na własne życzenie) wykreślone z mojego życiorysu. Teraz żyję pełną piersią i nadrabiam zaległości. Świata nie przysłania mi już natrętna myśl o cyferkach na wadze czy skupianie się na jednej więcej fałdce na brzuchu – jest jeszcze lepiej: pokochałam ją – tę fałdkę! Bulimii zawdzięczam dużo więcej – przez sporą część mojego życia liczyłam każdy kęs i nie cierpiałam swojego ciała, robiłam krzywdę jedynemu schronieniu, w którym zawsze mogę wygodnie się umościć, gdy tylko jest mi źle i smutno.

Walcząc przeciwko samej sobie, nie dostrzegałam świata. I dziś – gdy przeszłam przez to piekło doceniam, co mam. Umiem cieszyć się każdym kęsem, który sprawia mi przyjemność i daje energię do tego, by walczyć o lepsze jutro. Gdy zjem ciastko, świat nie staje się piekłem na ziemi – to przecież tylko ciastko (tak, dla osób z zaburzeniami odżywiania to wcale nie jest takie oczywiste!).

Zdaje mi się, że jestem o wiele bardziej świadoma swojego ciała i tego, co się dla mnie liczy, niż ludzie, którzy nie mieli ED. Oni nigdy (i nie piszę tego z wyrzutem!) nie będą umieli docenić gałki lodów, zjedzonej z przyjaciółmi i bez wyrzutów sumienia. Dla tych osób to coś zwyczajnego, bezrefleksyjnego; dla mnie – znak, że już jest dobrze. Tego spokoju umysłu, gdy wiesz, że po paru kawałkach ciasta nie pójdziesz od łazienki, nie da się porównać do żadnego innego szczęścia.

To daje ogromne poczucie wolności, bowiem już nie rządzi mną nienawiść i lęk przed przytyciem. Teraz nie walczę, a dbam o moje ciało i za każdym razem, gdy widzę się lustrze, szepcę „kocham cię”.
Gdyby nie choroba, nigdy pewnie bym się na to nie zdobyła. Bagatelizowałabym moje ciałko, dzięki któremu mogę spełniać swe marzenia (chodzę, śmieję się, umiem mówić, pisać, słuchać, tańczyć). Nie doceniałabym tego ogromu możliwości. Dziś – już potrafię.

 

 

Ludzie

Paradoksalnie – życie zaczęło się dla mnie w kwietniu. Na mojej drodze stanął wówczas bardzo ciekawy człowiek, który wywrócił moje calutkie życie do góry nogami. Poznaliśmy się któregoś dnia i przegadaliśmy kolejne kilkanaście godzin, z nocą włącznie, i to niejedną. On był drogowskazem, który naprowadził na ścieżkę ku innemu, niestandardowemu życiu. Pokazał, że można żyć po swojemu, wyrwać się z ramek i tak naprawdę nie ma w życiu sytuacji, gdy to nie my bylibyśmy panem. Zawsze jest jakieś wyjście.

On też jako pierwszy napomknął o medytacji, reinkarnacji, zagadnieniach zgoła odbiegających od kanonu lektur szkolnych. Dał siłę, by walczyć o własne szczęście i upewnił w tym, że nie ma rzeczy niemożliwych. Mimo że – trzymam za niego mocno kciuki – to był człowiek, który jedynie dużo mówił, a niewiele robił, to jednak mną pokierował tak, że zaczęłam działać. Z tego, co wiem, nie tylko mnie popchnął ku życiu – być może taka była jego rola? Kto wie, czy sam nie osiągnął już szczytu możliwości i teraz – w tym wcieleniu – pełni rolę nauczyciela i motywatora do zmian?

I to on dał mi siłę, by wstać z kolan, gdy znowu upadłam w łazience. Co prawda, sam zainteresowany nie był tego świadom, lecz dzięki tej krótkiej a intensywnej znajomości już nie pławiłam się we własnej marności i nienawiści. Na nowo odzyskałam też wiarę w miłość. Ten chłopak okazał się dla mnie trampoliną – pojawił się w odpowiednim miejscu i czasie i był iskierką, która rozpaliła ogień. Gdy w czerwcu chłopak zniknął, do mnie dotarło, że nic nie trwa wiecznie, choć wszystko jest po coś. Więc nie płakałam, a byłam wdzięczna za czas spędzony wspólnie.

W maju w moim życiu pojawił się ktoś jeszcze. Dziś – to fenomenalny przyjaciel. Dziewczyna, która rozumiała i wspierała w najczarniejszych chwilach. Umie dyskutować i nie upiera się głupio przy swoim. Dzięki poruszaniu z nią rozmaitych tematów, nauczyłam się analizować każdą myśli i uczucie, by być bardziej świadomą siebie. Jest motorem do rozmyślań i – także nieświadomie – wyrabia we mnie konsekwencję i empatię.

 

Podróże

Przyszedł maj. I podróż do Rumunii. Z plecakiem, na stopa przez całą Europę. To miała być próba: jeśli podołam i spodoba mi się, to znaczy, że już nie będzie odwrotu od marzeń. Pojechałam. I to było to. Kolejna lekcja, która otworzyła mi oczy i nauczyła wiele o samej sobie. Oto, co już wiem:

  • nie dla mnie podróżowanie z towarzyszem. Wolę solo. To daje nieograniczoną możliwość decydowania o wszystkim. Nie jestem dobra w chodzeniu na ustępstwa i kompromisy. Mam dość trudny charakter i kiepsko znoszę sprzeciw, a dodatkowo nie lubię ludzi uległych i godzących się na wszystko (sic!). Nieźle się zareklamowałam… Ale mam coś pozytywnego: robię masę zdjęć i zaglądam pod każdy kamień – toteż nie chcę, by ktoś musiał na mnie czekać ;);
  • kocham, gdy plan jest taki, że planu nie ma. Nie muszę mieć wszystkiego zgodnie z założeniami, bo kusi mnie przygoda. O, właśnie – dotarło do mnie, że zrobię bardzo wiele, by poczuć adrenalinę i mieć niezłe wspomnienia, jestem ryzykantką i nieraz postępuję nierozważnie;
  • otarłam się o gwałt i dzięki temu wiem już, jak reaguję się w sytuacjach podbramkowych – gdyby scena miała się powtórzyć, zachowam zimną krew i nie dam się tak łatwo;
  • wydam każde pieniądze, jeśli wiem, że dane doświadczenie będzie tego warte;
  • umiem otworzyć się na ludzi i zaufać zupełnie obcemu człowiekowi, zagaję rozmowę i dogadam się nawet z gburem;
  • nie boję się domagać o swoje i nie umiem stać z boku, gdy coś się dzieje;

Podróż do Rumunii to była dobra szkoła.  Lepszego startu w samodzielność nie mogłam sobie wyobrazić.

Krótko potem przywędrowały wakacje. I Londyn. Dałam sobie w kość. Zdana sama na siebie w wielkim mieście. Bywały wieczory, gdy leżałam, wyłam i chciałam wracać. Lecz nie ze mną te numery. Ja się łatwo nie poddaję. Zostałam. I:

  • nauczyłam się samodzielności i odpowiedzialności;
  • umiem zadbać o siebie i nie mam oporów przed rozmowami z urzędnikami, pracodawcami etc.;
  • pieniądze zaczęły nabierać realnego kształtu, a ja zaczęłam doceniać każdy grosz;
  • uodporniłam się na krytykę i wiem, że nie wszystko, co mówią inni, należy brać do siebie;
  • poznałam dobrych ludzi, dzięki którym odżyła moja wiara w innych;

A po Londynie – podróż po Wielkiej Brytanii. Samotnie, z namiotem i stówą w kieszeni.

Nie dość, że powtórzyłam naukę z Rumunii (poza gwałtem 😉 ), to jeszcze:

  • samotne noce w namiocie okazały się niestraszne;
  • życzliwość ludzka przeszła wszelkie granice;
  • poczułam wiatr we włosach i prawdziwą wolność na równi z jednością ze światem, i pojęłam, że to jest to, czego prawdziwie pragnę od życia: drogi;
  • zrealizowałam pierwszy punkt z Bucket List (tenże był zaczątkiem całej listy – od tego pragnienia zaczęły się wszystkie inne) i poczułam tak przegromną radość i satysfakcję, że…uzależniłam się od niej;

 

Buddyzm

W trakcie podróży poznałam Buddystę i tu proszę Państwa droga zaczęła piąć się w górę. Jakby ktoś włączył światło. Ileż godzin przegadanych, ileż przemilczanych wspólnie chwil! Pisz pan przepadło – dawna Zosia już nie wróci:

  • bulimia poszła na urlop, dożywotni;
  • a propos: nauczyłam się rozmawiać o problemie otwarcie, przestałam wstydzić się tego, że choruję i że bywam słaba – w końcu to integralna część mojego życia, dlaczego miałabym się jej wypierać?;
  • usłyszałam słowa: „Po co się przejmujesz, jeśli masz na coś wpływ, to to zmień. I się nie przejmuj. A skoro nie masz na to wpływu, to nie zadręczaj się – i tak tego nie zmienisz”. Niby oczywiste, ale jednak nie do końca, do czasu…;
  • nauczyłam się rozmawiać, a nie tłumić emocje – prawda, najpierw musiał się chłop pomęczyć, ciągnąć za język, ale z czasem szło coraz lepiej;
  • odcięłam się od negatywnych emocji i przestałam przykładać tak dużą wagę do każdej przykrości;
  • uczę się dojrzałości w relacjach i biję po łapach za szczeniackie zachowania;
  • dałam sobie szansę na zupełne szaleństwo;
  • to nie bezpośrednio od Buddysty – lecz od nauk buddyjskich: jasne stało się, że nie ma co rozpaczać, gdy coś „nie wyjdzie”: najwyraźniej tak miało być, skoro nic nie dzieje się bez przyczyny, to znaczy, że nawet niepowodzenie wyjdzie nam na dobre;

Przykład? Nie pojechałam do Portugalii, lecz dzięki temu- po przeanalizowaniu ciągu zdarzeń – jutro wyprowadzam się do Anglii, gdzie zaczynam dorosłe życie. Na swoją ręką i przeze mnie obraną drogą. Czy czuję, że coś mnie omija – młodość na przykład? Ależ skąd! Moja młodość to po prostu nie przesiadywanie z piwem na trzepaku i imprezy do rana.

 

A ponadto…

No właśnie – jesienią sprawy potoczyły się błyskawicznie. Były nowe, bardzo ciekawe znajomości, wspaniali ludzie (bez parapetów). Były wojaże po kraju i tatuaże. Przygody. Plany zmieniały się co rusz. Nagle godzę się z ojcem, nagle wyprowadzam się za morze, nagle otwieram się na świat, nagle zaręczam się z życiem. Pisze do mnie były chłopak i już się nie boję. Ktoś w święta próbuje ściągnąć mnie i moje marzenia w dół, a ja wreszcie umiem się odciąć i wiem, że te słowa to bzdury. Po latach znam swoją wartość i mam pewność, że każde z moich marzeń się ziści i nie jest to jakaś szalenie nierealna sprawa. Zyskałam pewność, że się uda.

A plany na 2017. rok?

Wolę nic nie planować, a przynajmniej nie umiejscawiać tego w czasie. Choć teraz, gdy stuprocentowo sama sobie będę Panią, to okaże się tylko moją winą, gdy stchórzę i wycofam się z jakiejś akcji.

Ale na pewno będzie rejs z Gran Canaria przed Maderę do Malagi. Z tygodniem na Kanarach i tygodniem w Hiszpanii. I długim weekendem we Włoszech. s

I zakładam dwa miesiące podróży przez Europę: Szwajcaria, Santorini po Suwalszczyznę.

A co dalej? Pewnie będą to decyzje spontaniczne, szybkie i najciekawsze. Będzie mnóstwo fascynujących ludzi i pięknych miejsc. Będę rozmowy do rana i gorące kłótnie. Będzie godzenie się i dawanie szansy. Będzie patrzenie na świat przez różowe okulary. Bo – nazwijcie mnie naiwną – lubię ten kolor i taki ma być mój świat. No i życie, ma się rozumieć.

Będę żyć – taki jest plan.

Z założeniem 4/8 – 4 miesiące podróży i 8 miesięcy pracy. Będzie dobrze. A nawet lepiej!

 

A to wszystko nie wydarzyłoby się, gdyby nie moja Mama, której zawdzięczam tak wiele… Była, jest i będzie.

Jej też chciałabym zadedykować ten rok. I każdy kolejny.

Z.

 

A jeśli ciekawi Was, co dzieje się za kulisami i o czym myśle, gdy czepiają się mnie nieprzespane noce, wpadajcie na fanejdż lub Insta.

 

3 Comments Add yours

  1. Ola pisze:

    Jejku, jak cudownie było przeczytać ten wpis, naprawdę. Cieszę się, że udało Ci się wygrać z chorobą, jesteś bardzo silną osóbką. Trochę mnie przeraziły te wydarzenia z Rumunii, ale mam nadzieję, że wszystko jest okej. Pozdrawiam Cię serdecznie i trzymam kciuki za równie udany 2017! ❤

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s