Coraz bliżej siebie oswajamy kosmos – przedpremierowy koncert Natalii Przybysz

Niewysoka, szczupła, czerwone usta i krótkie włosy. Kiedyś – ogolona na łyso. Weganka. Buddystka. Mówią o niej „kosmitka”. Pisze teksty, śpiewa tak, że ciarki przechodzą przez każdy milimetr ciała. Wariatka poruszająca się na scenie zmysłowo jak mało kto. Nie musi pokazywać ciała i podkręcać bas, by elektryzować. Prawdziwa kobieta. Człowiek pełen empatii – ma na swoim koncie udział w kampanii Społecznego Komitetu ds. AIDS propagującej profilaktyczne testy na obecność wirusa HIV u kobiet w ciąży, akcji Greenpace „Adoptuj Pszczołę”, była ambasadorką kampanii „Avon kontra rak piersi – Wielka Kampania Życia” oraz „Zostań wege na 30 dni” fundacji Viva!.

Natalia Przybysz.

Artystka ponadprzeciętna, kobieta przez wielkie „K”. Bije od niej dobra energia, mimo że w ostatnim czasie polskie społeczeństwo wylało na nią wiadra pomyj po tym, jak  wyznała dobrowolne poddanie się aborcji (za co zresztą szanuję ją jeszcze bardziej i czytając wywiad, utwierdziłam się w przekonaniu, że nie jestem osamotniona w moich poglądach).

Kończył się listopad, był 31.11 i dochodziła północ, gdy, szukając czegoś w czeluściach internetu, natknęłam się na wiadomość o przedpremierowym koncercie Natalii Przybysz, podczas którego zaśpiewać miała piosenki jeszcze nie nagrywane w studio, z albumu zaplanowanego na wiosnę.
Zakochana w ostatnim jej albumie”Prąd„, który od pierwszego oficjalnego singla podbił moje serce, nie mogłam przepuścić takiej szansy. Tym bardziej, że koncerty w Polsce odbyły się tylko trzy: w Szczecinie, Gdyni no i w Poznaniu. Problem był jeden – na występ dostępnych było tylko 300 biletów, a miał on miejsce 01.12. Czyli…zostało paręnaście godzin.
Na szczęście udało mi się zarezerwować bilet i mimo wątpliwości (nawyku z poprzedniego życia przed tegorocznymi zmianami), że to za daleko, za późno, że lepiej poczytać nową książkę Krakauera…w czwartek wsiadłam w samochód i pojechałam do stolicy Wielkopolski. Całą drogę darłam się, śpiewając „Miód”, „Nazywam się niebo”, „Nie będę Twoją Laleczką”…teksty znam na pamięć.

Koncert odbywał się w 9stóp Akademickim Centrum Kultury i Sztuki. Budynek dość niepozorny – duży obdrapany blaszak. Gdy weszłam do środka i po wytartych drewnianych schodach wdrapałam się do sali, byłam lekko zdegustowana. Mierne wnętrze, ogromne pomieszczenie ze stołami bilardowymi i jakąś palmą w donicy. Pseudo skórzane kanapy i plastikowe panele na suficie.
Ale przecież nie przyszłam do muzeum, by podziwiać artyzm eksponatów i wystrój, a posłuchać niepowtarzalnego koncertu ukochanej Artystki. 

Los sprawił, że udało mi się posłuchać jeszcze próby, bo scena, schowana nieco w zagłębieniu jednej ze ścian, była niczym nieskrępowana, by dopuścić do siebie największych fanów Natalii. Bez spiny, zgrywania się i udawania wielkiej diwy.
Przed podwyższeniem, na środku podłogi leżały porozrzucane futerały i dogorywające sprzęty. A wokalistka, ubrana w wytarte dżinsy i wyciągnięty sweter brzdąkała na gitarze, podczas gdy panowie z zespołu dostrajali się i krzyczeli co rusz o zmianę niezrozumiałych dla mnie parametrów.

Po chwili usiadłam na jednej z kanap, zajętej przez sympatycznego szpakowatego faceta w botkach. Po chwili dołączył jego towarzysz i z tego, co wyłowiłam z rozmowy, była to para gejów na jednej z pierwszych randek (a elegancko ubrany kompan urzekł mnie słowami „zasadniczo nie lubię polskiej muzyki, lecz przy tobie mogę przesłuchać wszystko”).

W klubie pojawiało się coraz więcej ludzi. Gdy tak na nich patrzyłam, dotarło do mnie, że istnieją jeszcze muzycy, którzy łączą ponad podziałami. W kącie przykucnęły grupki młodych osób, niedaleko siedziało starsze małżeństwo, obok za rękę trzymały się dwie kobiety. Tu pani miała na nogach czerwone glany, a tam – jakiś chłopak w rażącej pomarańczowej czapce stał obok mężczyzny w garniturze, trzymającym za rękę dziewczynę w traperach.  Cudo.

Siedziałam i wyobrażałam sobie, jak ten koncert powinien wyglądać. W mojej głowie była mała salka w przytulnej piwnicy, ceglane ściany i ciepłe oświetlenie punktowe. Parę stolików z tyłu i dobra akustyka.

Wreszcie wybiła 20. Publiczność podeszła pod scenę, zgasły światła, a ja za plecami muzyków dostrzegłam…ceglastą fototapetę (a kto mówił, że marzenia się spełniają? 😉 ). Przestałam mieć w tej sekundzie jakiekolwiek zastrzeżenia co do wnętrza klubu.

Nie jest sztuką wyjść na scenę i porwać publikę dobrze znanymi kawałkami. Sztuką jest porwać ją utworami surowymi, nikomu nie znanymi. Muzykom wyszło to znakomicie.

Koncert był nieziemski. Natalia na początku podziękowała wszystkim za przyjście, a później rozpoczęła się…magia. Złote światło otaczało artystów, tworząc niepowtarzalny klimat. Stałam idealnie na wprost Natalii, więc żaden reflektor nie bił po oczach, a tylko uwypuklał najwspanialsze momenty. Kocie gesty, grację, srebrne nogawki spodni skrzące w rytm ruchów. 

Gościnnie zaproszona została Paulina Przybysz – siostra wokalistki, z którą negdyś tworzyły zespół Sistars. Razem zaśpiewały ogromnie energetyczną „Mandalę” i widać było, że świetnie im ze sobą na scenie.

Natalia opowiadała historię każdego z napisanego utworu, żartowała i widać było, że żyje tym, co robi. I kocha to szalenie bardzo. 

Niestety nie mogę opisać Wam w szczegółach piosenek, ani też pokazać żadnych zdjęć, bowiem płyta jeszcze nie wyszła, a ja nie chcę się wychylać. Mogę powiedzieć tylko, że szykuje się nam jeszcze lepszy krążek od „Prądu” – pełen kobiecej energii, mądrych tekstów, wspaniałych aranżacji i tego nieczęsto spotykanego „czegoś”, co przyciąga jak magnes. 

Był moment zwątpienia, gdy chciałam nie jechać, ale dziś wiem, że byłaby to najgłupsza decyzja w moim życiu. Przegapiłabym coś, co już nigdy się nie wydarzy, coś co widziało tylko około 200 osób. Byłam świadkiem magicznych momentów. Płakałam przy „Przez sen” i w głos śmiałam się przy cytacie słów Anieli: „Mamo, nie mogę zasnąć, bo patrzę się w ciemność. A ciemność jest taka piękna. I się patrzę”.

Kobieta cudna. Ideał w każdym calu.

Dziękuję

Z.

O, a to jej twórczość, którą cenię sobie najbardziej (jako miłośniczka polskiej muzyki śpiewanej po polsku).

Przez sen

Miód/Nazywam się niebo

Królowa śniegu

Nie będę Twoją Laleczką

Niebieski

6 Comments Add yours

  1. Forest Brownie pisze:

    Mało kto potrafi tak opisać artystę i jego twórczość jak Ty. Nie poraz pierwszy to udowodniłaś. Nie przestawaj pisać , każdy Twój „następny post jest lepszy od poprzedniego”.

    Polubienie

  2. Piękny opis! Mimo, że u mnie w głośnikach teraz Leonard Cohen, miałam wrażenie, że znalazłam się w opisywanym przez Ciebie klubie…

    Polubienie

    1. Cieszę się, że mogłyśmy być tam razem. Cudnie było, co nie? 😉

      Polubione przez 1 osoba

      1. Rewelacja 🙂

        Polubienie

  3. Człowiek, który pozbył się dziecka „bo nie chciało mu się szukać większego mieszkania” nie pasuje do opisu kobiety idealnej. Raczej coś przeciwnego. Aborcja aborcją, ale jeśli ktoś ma takie powody, jak ta pani to mu bardzo współczuję płytkości umysłu. A jeśli komuś to na dodatek imponuje to… no szkoda, to dość przykre. 🙂

    Polubienie

    1. Człowiek, który z całego wywiadu wyłowił jedno zdanie, które pasowało do jego schematu myślowego, też chyba nie może poszczycić się najgłębszym umysłem. Ale co ja tam wiem…

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s