Indyka nie zjem, ale dziś Wam podziękuję

Ostatni czwartek listopada. Mieszkańcy Stanów Zjednoczonych Ameryki obchodzą wówczas jedno z najważniejszych świąt w roku – Święto Dziękczynienia. Jego tradycja sięga roku 1621. To pamiątka pierwszego Dziękczynienia  – gdy po drogiej zimie ’20/’21, kiedy to zmarła połowa Pielgrzymów ze statku Mayflower przybyłych na Skałę Plymotuh (założycieli kolonii Plymouth) – natura obrodziła i Separatyści postanowili uczcić wraz z Indianami bogate żniwa. Na uczcie pojawiło się mnóstwo pysznych dań, a samo świętowanie trwało – według przekazów – sześć tygodni.
Thanksgiving Day od 1863 roku jest oficjalnym świętem narodowym USA, ogłoszonym przez Abrahama Lincolna.
Co ciekawe – ten dzień łączy ludzi niezależnie od tego, jaką religię wyznają. To czas ponad podziałami.

Dziś ten ważny dzień nie ma już tak ogromnego znaczenia religijnego, jak to w przeszłości bywało – podobnie jak Boże Narodzenie, które zostało skomercjalizowane do n-tej potęgi. Sama zresztą bardziej podniecam się na myśli o świątecznych piosenkach w radio, niż gdy mam rozmyślać o wigilijnej kolacji.
Amerykanie jednak nadal siadają wspólnie do stołu. Zajadają pieczonego indyka z sosem żurawinowym, tłuczone ziemniaki, kukurydzę, ciasta z dyni i inne amerykańskie potrawy, jak np. „apple pie” czy „sweet potato casserole”. Są wspólnie oglądane filmy, mecze baseballu, parady i msze. Ideą nadal pozostaje dziękowanie za dobry rok.

I przy tej idei chciałabym się na moment zatrzymać. I – choćby dla samej siebie – napisać, za co jestem wdzięczna. Co dał mi ten rok? Bo przecież niczego nie żałuję. A wy? Za co moglibyście podziękować Wszechświatowi? I komu?

 

Dziś dziękuję.

Dziękuję Ci, Mamo, za to, że byłaś ze mną w najgorszych momentach, gdy wokoło nie miałam nikogo. Podawałaś dłoń za każdym razem, gdy upadałam i z kurzu smutku otrzepywałaś kolana. Krzyczałaś, że mam być silna, gdy jedyne czego chciałam, to zapaść się w sobie. Całowałaś skronie, gdy po raz kolejny zawodziłam sama siebie. Śmiałaś się z niepowodzeń, bo przecież nie one się liczą w życiu, a sukces. Dawałaś rady, broniłaś i razem ze mną grałaś światu na nosie. Ale przede wszystkim – wytrwałaś każde „plany się zmieniły” i nawet, gdy bolało, nie odeszłaś. Wspierasz każdą decyzję i stoisz murem. Dziękuję, bo to dzięki Tobie jestem tu, gdzie jestem i robię to, co robię.

Dziękuję Ci, Podróży do Rumunii, za to, że dałaś mi siłę i przekonałaś, że warto spełniać marzenia. Zdobyłam dzięki Tobie dowód na to, że jeśli czegoś bardzo się chce, to wszystko można. Tuliłaś do snu, gdy o włos minęłam się z gwałtem i za rękę prowadziłaś do najpiękniejszych miejsc na swej mapie. Przemoczyłaś do suchej nitki i sprawiłaś, że odważyłam się głośno śpiewać na środku bukaresztańskiej ulicy. Otworzyłaś mi świat.

Dziękuję Ci, Bulimio, za to, że po latach się pożegnałyśmy. Któregoś dnia wstałyśmy razem jak co rano, ale wieczorem już każda z nas zasypiała w osobnym łóżku. Mam nadzieję, że dobrze Ci w nicości, bo mi tutaj, bez złych myśli, jest cudnie. Dzięki Tobie czuję, że mogę góry przenosić i nic mnie nie złamie. Utarłaś mi nosa i dałaś nauczkę – że należy mieć się na baczności i nie być zbyt butnym. Kurewno, niejednokrotnie Cię nienawidziłam, ale dziś jestem wdzięczna. Bo nauczyłam się siebie i poznałam życie od piekła strony.

Dziękuję, Czytelnicy, za to, że wciąż tu jesteście, gdy piszę niesystematycznie i nie pod publikę. Wysyłaliście maile pełne wsparcia i trzymaliście kciuki za moje wojaże. Wasze słowa, komentarze i obecność dają mi kopa do działania i wówczas czuję, że to, co robię, ma sens i nie warto się poddawać. Bądźcie dalej, a zawojujemy świat.

Dziękuję, Pani Ludmiło, za to, że gdy wciąż się opierałam, Pani odwracała wektor choroby. Otrzymywałam odpowiedzi na pytania bez wyjścia.  A gdy zapomniała Pani o naszej sesji, po raz pierwszy zawzięłam się w sobie i stanęłam na nogi. Później upadałam, ale już wiedziałam, że można żyć inaczej.

Dziękuję Wam, Lisku i Krasnalku, za to, że zaczarowałyście świat wokół mnie. Gdy gwałtownie skręcał świat, Wy za włosy targałyście mnie ku uśmiechowi. Byłyście promyczkiem wesołości i namiastką braku problemów. Uchyliłyście rąbka tajemnicy popkultury. I najlepiej mi się z Wami piło Martini przy nieudanej chińszczyźnie.

Dziękuję, Londynie, za to, że pokochaliśmy się twardą miłością. Dałeś mi nieprzespane noce pełne lęków i obaw. W uścisku zachwytu poniosłeś ku bogatej kulturze. Z dziecięcą radością wspólnie odkrywaliśmy Twoje zakamarki, a ja zaglądałam w swoją duszę i samotne niedoskonałości. Otrzymałam od Ciebie trudną lekcję dorosłości i tęsknoty. Ale dzięki temu poradzę sobie z każdą głęboką wodą.

Dziękuję, Książki, za to, że mimo mojej niechęci i lenistwa, nie pozwoliłyście mi o sobie zapomnieć. Z każdym kolejnym słowem odkrywałam nowe, nieznane dotąd światy. Gubiłam się w ohydzie slumsów i raju buddystów. Płakałam, gdy umierał orzeł i wzruszałam przy narodzinach niemowlęta. To Wy mnie ukształtowałyście. Nadal uczycie mnie, jak żyć. A ja już się nie boję.

Dziękuję, P., A., B., za to, że wprowadziliście mnie do Waszych głów. Każdy z Was miał inne poglądy, doświadczenia, cele. Ciągnęliście za włosy, kłóciliście się, delikatnie odgarnialiście włosy z czoła. Pomalutku zaczęłam rozpracowywać męskie umysły. A Wy podsunęliście myśl o tym, czego chcę, a czego od życia wolę unikać. Przeprowadziliście przez rozżarzone węgle po to, bym chciała Was więcej i mocnej. Bym zaczęłam sięgać po to, czego pragnę i co rusz powtarzała sobie „Nie mam nic do stracenia”.

Dziękuję, Życie, za to, że wybrałam sobie Cię takim, jakie jesteś. Przez ostatnich parę miesięcy dawałeś mi same dowody na to, że nic nie dzieje się bez przyczyny, wszystko jest po coś, a przypadki nie istnieją. Wytarmosiłeś za uszy, by do mnie dotarło, że nie jestem pępkiem świata i to, co robię ze swoimi wyborami i decyzjami, to tylko moja sprawa. Jakże potrzebna była mi ta wiedza! Skoro to, co czynię, nikomu nie wadzi i mało kogo obchodzi, to mogę robić, co chcę! Czy to właśnie nie jest wolność?

Dziękuję, Staszku, za to, że wywróciłeś mój świat do góry nogami. Zadawałeś pytania, a ja, nie chcąc niczego pominąć, musiałam długo zastanawiać się nad odpowiedzią i dochodzić sensu moich słów. Ze wszystkich sił starałeś się zrozumieć mój świat, podczas gdy ja zaczynałam kochać Twój. Odkryłeś przede mną buddyzm, a nauki w nim zawarte pozwoliły mi spojrzeć na życie dookoła mnie z zupełnie nowej perspektywy. Sama się dziwię, jak wielkie zmiany poczyniłeś w moim umyśle. Stałam się lepszą wersją mnie i już wiem, że wyprowadzka za morze jest równie łatwa jak ta do Wrocławia.

Dziękuję, Drogo, za ulotne chwile całkowitej jedności ze światem. Godziny spędzone w pociągach, samolotach, autobusach i tramwajach dawały wytchnienie w najtrudniejszych momentach. Oczy utkwione w horyzoncie za szybą wędrowały ku szczęściu i spełnieniu. Myśli wybiegały w cudną przyszłość i łatały rany z przeszłości. W Drodze klarują się plany i uczucia. Droga nie zdradza i nie wodzi na pokuszenie – za ręce prowadzi do celu, który może być ukryty już za pierwszym zakrętem.

Dziękuję, Aneczko, za Twoją cierpliwość i zrozumienie. Nawet jeśli nie do końca świadomie, to dzięki Tobie przetrwałam Londyn. Gawędząc z Tobą, nie musiałam szukać ładnych słów, układać pełnych zdań i tłumaczyć rzeczy nieoczywiste – Ty rozumiałaś w mig. Dzieliłaś się smutkami, lękami, radością i złością. Wmawiałaś, że „będzie dobrze” i patrz – miałaś rację. To Ty przez te parę miesięcy przywróciłaś mi wiarę w przyjaźń i lojalność, zrozumienie i wykorzeniłaś mój lęk przed odrzuceniem. A jak malowałaś…

Dziękuję, Agatko, za to, że pojawiłaś się tak nagle i poczułam, że znam Cię od zawsze. Przyjęłaś jak królową w małym pokoiku dwa na dwa i swoją osobą sprawiłaś, że naprawdę miałam wrażenie, że pławię się w atłasach i mahoniach. Swym cudnym głosikiem malowałaś przede mną wizję niewinności i wiary w ludzi. Dobrocią emanującą przez każdy por skóry zaraziłaś i sprawiłaś, że chcę się poprawić i dawać szansę. Byłaś przykładem, promykiem ciepła i ufności, towarów tak deficytowych w naszych czasach.

Dziękuję, Plecaku, Aparacie, Buty, za to, że wytrwale staliście przy moim boku. Nie marudziliście i nie grymasiliście, gdy przychodziło nam iść kilometrami do najbliższej osady ludzkiej. Umożliwialiście poznawanie świata i samej siebie. Jako jedyny zawsze obecny kompan podróży przez świat, byliście milczącymi przyjaciółmi, którzy słuchali i nie oceniali. A Tobie, Aparacie, pragnę podziękować w szczególności, za to, że rozbudziłeś mą ciekawość świata i kazałeś zaglądać pod każdy kamień i najmniejszy załom w murze. Za to, że dzięki Tobie, mogę dać innym taki świat, jakim go widzę.

Mogłabym dziękować bez końca.

Rodzinie (tak cierpliwej, że akceptuje każdą decyzję i z bólem godzi się z losem).
Ludziom, którzy wzięli na stopa (tak dobrym i uczynnym, że odzyskałam wiarę w innych i dałam drugą szansę).
Klifom w Kornwalii i Jeziorom w Lake District (tak pięknym, że zrozumiałam, czym jest miłość do natury i chęć zatopienia się w krajobrazie).
Deszczowi w Edynburgu (tak przyjemnemu, że wspaniałe miasto wydawało się jeszcze ładniejsze i miało więcej uroku).
Filmom (tak mądrym i smutnym, że doceniłam, co mam).
Namiotowi (tak kochanemu, że służy mi lepiej niż najwspanialsze łoże w pałacu).
Polonistce (tak znienawidzonej, że sama dla siebie zaczęłam pisać coraz więcej i ostatkiem sił pożegnałam się ze szkołą; gdyby była inna, to może nadal bym tam tkwiła).
Współpracownikom i tym, którzy powoli mnie odnajdują (tak ufnym, że dali szansę się wybić i otworzyli pierwsze drzwi do spełniania marzeń o pisaniu na poważnie).
Romanistce (tak prawdziwej, że od lat mam do niej ogromny szacunek i zawdzięczam jej tak wiele; a pasją do francuskiego zaraziła i  mnie, i dlatego wariuję z podniecenia na myśli, że całkiem niedługo zamieszkam w ojczyźnie Edith Piaf).
Tatuażystom (tak utalentowanym, że sama sobie zazdroszczę ich dzieł).

I dziękuję, Zosiu, bowiem pokochałam Cię naprawdę i okazało się, że – laska – dasz się lubić.

 

W parkach i skwerach w UK na pamiątkę zmarłych osób, lub też ważnych wydarzeń w życiu przybija się do ich ukochanych ławek tabliczki z dedykacją.

Jak wyglądałaby Wasza tabliczka na ławce w parku lub na promenadzie?

 

 

Podziękujcie dziś tym, którym zawdzięczacie wspaniałe wczoraj, pełne dziś i niesamowite jutro.

 

Z.

 

9 Comments Add yours

  1. Forest Brownie pisze:

    Zosiu. ..to chyba Twój najlepszy post.

    Lubię to

    1. Też mi się podoba 😉

      Lubię to

  2. Przepiękny post…
    Dziękuję.

    Lubię to

    1. Polecam się na przyszłość 😉

      Lubię to

  3. Jak dobrze czyta się wdzięczność… 🙂

    Lubię to

    1. A jeszcze lepiej, być wdzięcznym.

      Lubię to

  4. Agnieszka pisze:

    Jestem tu pierwszy raz. Zaniemówiłam. Chociaż nie wiem jak wyglądasz, wiem – jesteś piękną osobą. Dziękuję za ten wpis. Będę zaglądać, często.

    Lubię to

    1. Teź ostatnio się sobie podobam. Cieszy mnie, że są ludzie potrafiący docenić to, co tutaj skrobię sobie. Zostawaj ile będziesz chciała!

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s