Lake District – naładowanie akumulatorów na życie

Dziś już ostatni wpis z podróży po Anglii. O Edynburgu napiszę kiedyś przy okazji – będzie to głównie wyprawa po muzeach (i masa zdjęć). Będzie też o przygotowaniach do wojaży – praktycznie. I o buddyzmie. I o paru innych, które chodzą mi po głowie. Ostatnio znów wojuję z dobą, bo cholera ma tylko 24 godziny, a ja potrzebowałabym, luźno licząc, koło trzydziestu.

Ale, ale! Dość narzekania. Od psucia humoru są kazania na pogrzebach, a nie ja, pisząca w taki piękny jesienny wieczór. Wiecie, że gdzieś w górach spadł już śnieg?

Wróćmy jednak do Anglii. Usiądźcie wygodnie i zarezerwujcie sobie chwilę czasu, bo pewnie, jak zazwyczaj, nie będę umiała się streścić.

Z Manchesteru skierowałam się bezpośrednio do Lake District położonego w hrabstwie Cumbria. Według każdej osoby, którą spotkałam i w Londynie, i w czasie podróży, ten park narodowy to jedno z najbardziej urokliwych miejsc na Wyspie. Jest to też najpopularniejszy kierunek wakacyjny w Anglii.
Z przesiadką w Oxenholme, dojechałam aż do Windermere – najpopularniejszego miasta rejonu. Przez wielu turystów miejscowość ta traktowana jest jako baza wypadowa dla rozmaitych pieszych wędrówek. Stąd organizowane są też wycieczki busami, obwożącymi wczasowiczów po zakątkach obowiązkowych do zobaczenia. Jednak – to nie dla mnie. Wokół mnóstwo sklepów i knajp – od chińskiej restauracji po włoską trattorię, spełniających wygórowane wymagania tych, którzy w Winderemere spędzają cały urlop (bo takich ludzi też jest tu co nie miara). Nie rozumiem ich… Bar indyjski i stragan z tandetnymi pamiątkami jakoś nie pasowały mi do rzekomego spokoju i romantyzmu angielskich gór i wsi. Toteż postanowiłam jak najszybciej się stamtąd ewakuować – kierując się na północny zachód. Działałam bez planu i liczyło się dla mnie tylko to, co wydarzy się  ciągu najbliższych paru godzin (tak, mało wymagająca w podróży jestem).

Jednak była jedna rzecz w Winderemere, która wprawiła mnie w zachwyt. Kierując się w stronę długaśnego jeziora (ponad 2o kilometrów długości przy parudziesięciu metrach szerokości), natknęłam się na niesamowity sklep połączony z galerią sztuki – należał do rodzeństwa. On malował cudne obrazy, ona jeździła po kraju i po Europie i, myszkując po pchlich targach, znajdowała przedmioty z duszą, które sprzedawano w ich sklepiku. Dziewczyna miała osobliwy gust, bardzo zbliżony do mojego. Zachwycałam się co drugim bibelotem – a wierzcie mi, na co dzień nie tak łatwo mnie zaskoczyć i zadowolić. Kocham przedmioty „z myszką”, a ich było tam całe mnóstwo: stare drewniane figurki Tygryska i Puchatka, ręcznie rzeźbiona solniczka i pieprzniczka z Afryki, puszki po ciastach w fantazyjne wzory z lat ’40 i ’50, wiekowe lornetki i binokle, szmaciane lalki szyte w Tybecie. Wymieniać dalej? Niekiedy chciałabym być obrzydliwie bogata i móc kupić każdy zachwycający przedmiot, by cieszył moje oczy co dzień rano, gdy witam się ze światem.
Jednakże – nie kupiłam nic (wędrując z plecakiem liczy się każdy kilogram i jedyną pamiątką, na którą można sobie pozwolić, są kartki pocztowe). Porobiłam dziesiątki zdjęć, pogadałam z właścicielem o backpackerskich podróżach, pochwaliłam jego ilustrację przedstawiającą starego rybaka w żółtym sztormiaku. To były godziny grzechu warte.

Ruszyłam dalej. Dotarłam do jeziora Windermere. Powitała mnie niebieska woda, setki białych żagli, ptactwo na brzegu i…tysiące turystów. Szybko stamtąd uciekłam i skierowałam się ku promowi mającemu zabrać mnie na drugą stronę. Serce kazało mi iść w stronę zielonych zboczy gór i szczytów północy majaczących w oddali.

Bilet na prom dał mi w prezencie pan stojący w kolejce przede mną. Po chwili zgiełk i harmider został daleko za mną.

Wysiadłam i…rzeczywiście, po tej stronie okazało się być o wiele spokojniej. Z ludzi – tylko piechurzy, z knajp – mała kawiarnia przy promie. Jedyna droga kierowała się ku północy. Przeszłam nią paręset metrów i skręciłam w boczną ścieżką. Na pastwisku z krowami, zjadłam obiad naprędce przygotowany z paczki od Petera. Posprzątałam po sobie i kontynuowałam wędrówkę do Hawkshead (nazwa to nic innego, jak „głowa jastrzębia”; etymologia tego słowa sięga czasów wikingów – w ich języku pierwotnie nazwę wioski przetłumaczyć można jako „wysokie trawy”, lecz z czasem słowa zaczęły się zlewać i Anglicy „ze słuchu” przekształcili nazwę na tę istniejącą do dziś).
Miałam parę mil do pokonania, na szczęście, po ponad godzinie marszu, czerwonym vanem podrzucił mnie budowlaniec. Człowiek bardzo nieśmiały i grzeczny. Wcześniej chwilę rozmawialiśmy, gdy go mijałam, lecz wówczas nie zaproponował podwózki. Powiedział, że bał się, jak zareagowałabym na „taką propozycję” złożoną przez faceta z ciężarówki. To było z jego strony bardzo…urocze, jakkolwiek infantylnie to nie brzmi. Przecież na tym polega autostop, Koleżko!

W drodze do wioski dało się zauważyć pierwsze oznaki parku narodowego, o którym czytałam i oglądałam zdjęcia. Pierwsze, niekoniecznie dobre, wrażenie – to z Windermere – zaczęło się zacierać. Droga wiła się wśród wzgórz, w dole pasły się owce, gdzieś w oddali błyszczało w słońcu jezioro, a cały horyzont przejęły we władanie góry. Ich łagodne stoki, przechodzące jeden w drugi, były magiczne. A wśród soczyście zielonych pagórków co jakiś czas samotnie wznosił się ku niebu domek z kamienia.

W Coniston bowiem znajduje się kopalnia kamieni i to dlatego co rusz natknąć się można na wykonane z nich płoty, domy, garaże. Nawet nowsze budowle, betonowe, muszą mieć kamienną elewację, by wpasować się w teren. Taki jest wymóg władz. Co się zaś tyczy płotów – istnieje zawód, którego wykonawcy zajmują się naprawianiem (niekiedy 200-letnich) ogrodzeń. W myśl tradycji, podczas pracy nie wolno im odłożyć kamieni na ziemię – muszą umieścić je na niezepsutej części.

Gdy dotarłam do Hawkshead, udałam się na krótki spacer. Natknęłam się tam na wystawę poświęconą Nepalowi i produktom fair trade. Na ścianach wisiały zdjęcia z tego czarującego kraju, będącego jednym z moich największych marzeń. Okraszone były opowieściami i historiami dziejowymi. Na stołach zaś pyszniły się ręcznie wykonane gadżety z Himalajów. Dochód z ich sprzedaży w całości przekazywany był na fundacje charytatywne działające w kraju: pomagające dzieciom, budujące sierocińce i pomagające w rozwoju i edukacji mieszkańców. Kupiłam papeterię czerpaną z lokty, rośliny rosnącej we wschodnim Nepalu. Historia wyrobów wykonanych z jej miękkich włókien sięga aż po starożytne czasy. Kartki zdają się być jakby wykonane  z najdelikatniejszej bawełny. Zgarnęłam też tybetańskie kolorowe flagi, które fascynowały mnie od zawsze. Jak opowiedział mi sprzedawce, mają ona za zadanie szerzyć pokój, siłę, współczucie i mądrość oraz przynosić szczęście i dobrobyt posiadaczom, ich rodzinie, sąsiadom i wrogom. Każda barwa symbolizuje jeden z żywiołów. Niebieski to niebo, biały – wiatr i powietrze, zielony – woda, żółty – ziemia i czerwony – ogień. Tybetańczycy wierzyli, że gdy zawieszą flagi wysoko, „Koń Wiatru” zaniesie błogosławieństwo wszystkim istotom. Tradycja, poniekąd powiązana z kulturą buddyjską, szybko rozprzestrzeniła się na inne kraje regionu. To piękne prawda? Moje pierwsze spotkanie z kulturą nepalską oko w oko. Byłam w raju.

Po chwili już zmierzałam ku drodze prowadzącej na północ, „byle dalej” – myślałam. Stanęłam sobie przy wyjeździe z miasteczka. I stałam z tak dobre pół godziny. Auta, owszem, jeździły, ale nikt się nie zatrzymał. Do czasu.

Nadjechał niespodziewanie, srebrnym golfem. Niepozorny kierowca. Wewnątrz – jakaś skrzynka na siedzeniu pasażera, garnitur w pokrowcu wiszący na wieszaku z tyłu. Standardowe pytanie: „Dokąd jedziesz?”. Klasyczna odpowiedź: „A Ty?”. Czułam, że to nie-Anglik. Chwilę porozmawialiśmy, opowiedziałam, co już widziałam, co planuję. Na moment zapadło milczenie, ja powoli zaczynałam rozglądać się za miejscem na nocleg.
Gdy kierowca zapytał, skąd jestem, a ja odpowiedziałam, że z Polski, usłyszałam „Witam Cię”. Staszek (musiał okazać się dobrym człowiekiem, skoro miał na imię tak jak mój dziadek i kochany pradziadek), niewiele myśląc, zaproponował mi wycieczkę krajoznawczą. Później obiecał, że podrzuci w miejsce, gdzie będę mogła bez problemu rozbić namiot. Przystałam na propozycję – nie można takowych odrzucać! W końcu „ulubione miejsce” kogoś, kto mieszka w tym rejonie od blisko dekady, brzmi dobrze, prawda?

Staszek zabrał mnie do magicznego Torn Haw. Sama jazda po parku dostarcza nieziemskich wrażeń. Jeździ się serpentynami. Niekiedy w dolinach otoczonych górami, gdzie co chwila widać niebieskie tafle jezior. Kiedy indziej droga wiedzie ku szczytom, a na zboczach leniwie pasą się owce i krowy. Zielone rozległe pastwiska przegrodzone są kamiennymi płotami porośniętymi mchem. Co jakiś czas naszym oczom ukazują się (moje ukochane!) wapienne skały. A co kilka kilometrów zza zakrętu wyłania się mały, porośnięty bluszczem domek, a obok niego stoi zaparkowany stary jeep, pajero lub defender (motoryzacyjny orgazm…).

Po tym wstępie, wiedziałam już, że mogę spodziewać się czegoś powalającego. Było nie inaczej. Zaparkowaliśmy na parkingu tonącym w paprociach. Wysiadłam z auta i znieruchomiałam. Staliśmy na wzniesieniu. W niewielkiej dolince, rozciągającej się przed nami – przepiękne jezioro, w które zaborczo wcinał się cypel gęsto porośnięty sosnami. Słońce odbijało się od tafli wody, tworząc złocistą aureolę nad caluśkim zbiornikiem. Na prawo od miejsca, gdzie stałam, w bukowym lasku ginęła, wijąc się, ścieżka. Na lewo – morze paproci. A gdy podniosłam nieco wzrok, ujrzałam majestatyczne wierzchołki gór oświetlane promieniami popołudniowego słońca.

Byłam „over the moon” – czyli „ponad księżycem”, czyż nie jest to właściwe określenie? Mój zachwyt wzrastał z każdym krokiem stawianym podczas spaceru wokół jeziora. Szliśmy urokliwymi mostkami, mijając zielone łąki, wśród traw których wygrzewały się żmije. Nagle moim oczom ukazał się powalony pień, a w nim wbite…tysiące pieniążków. Jedne stare, przeżarte przez czas, inne świeżutkie, jeszcze z tego roku. Ludzie wbijają je, wierząc, że kiedyś wrócą w to miejsce.

z dziennika: „Zawsze kpiłam z takich praktyk – bowiem co do powrotu w dane miejsce ma moneta rzucona do fontanny czy pens wbity w korę? Jednak, mój towarzysz, podzielił się ze mną ciekawą teorią na ten temat. Umieszczając tutaj te monety, ludzie zasiewają w swym umyśle pewną myśl, pragnienie. „Skoro zostawiłam tam pieniążek, mający mnie z powrotem przyciągnąć, to może czas już pojechać tam raz jeszcze?” Zaczynają o tym intensywnie myśleć, tworzyć plany i pojawia się wówczas duże prawdopodobieństwo, że podróż dojdzie do skutku. Bo to przecież myślami kreujemy rzeczywistość. To, co i w jaki sposób myślimy, sprawia, co robimy i dokąd trafiamy, co się nam przydarza. Działanie na poziomu umysłu ma ogromną moc sprawczą. Podobnie jak z marzeniami – one nie spełniają się same, to my możemy je spełnić. Odróżnienie strony biernej od czynnej tego czasownika to sprawa pierwszorzędna”.

Spacer nasz trwał ponad dwie godziny, a gdy wróciliśmy do auta, Staszek rzucił dwie propozycje: albo zawiezie mnie w miejsce, gdzie będę mogła w spokoju rozbić swój domek żółwia; albo zabierze do siebie i odstąpi łóżko w pokoju gościnnym. Było to dla mnie niespotykane, dlatego dziesięć razy upewniłam się, czy mówi poważnie, a po dwudziestym zapewnieniu, że tak, a i owszem – przystałam na propozycję.

Grange-over-Sands to miasteczko, gdzie 90% ludności stanowią osoby starsze, które przeprowadzają się tutaj, by spokojnie umrzeć. Położone jest nad zatoką Moracambe na południe od Lake District PN. Gdy wieczorem wspięliśmy się na klify, dostrzegłam nawet ocean.

Staszek, ten niepozorny gość ze srebrnego golfa, okazał się być buddystą i szalenie mądrym człowiekiem. Rozmowa z nim sprawiła, że zapragnęłam poznawać i rozwijać się jeszcze bardziej. Warto mieć wokół siebie ludzi, którzy napędzają nas do działania, zmuszają do myślenia i udoskonalania się. 
Ja, odkąd pamiętam, uciekałam myślami do buddyzmu, który znałam z książek i artykułów. Fascynował mnie, lecz nigdy nie miałam w sobie na tyle motywacji i zapału, by zacząć zgłębiać tę wiedzę. Dlatego też wydaje mi się, że spotkałam Staszka na tym zapyziałym rogu ulicy w Hawkshead, by móc zrozumieć wiele spraw i spróbować czegoś nowego. Tego dnia rozmawialiśmy do później nocy, a gdy wieczorem kładłam się spać, wiedziałam już, że nie będzie to ostatnia noc spędzona w tym domu.

Kolejne dni upłynęły mi na czytaniu książek o buddyzmie i filozofii, rozmowach, pieczeniu i wycieczkach krajoznawczych po okolicy.
W Grasmere skosztowałam najpyszniejszego piernika w życiu. Sama wioseczka – podobno najcudniejsza w całym parku – nie była zapełniona turystami, bowiem powoli zaczynał się już wrzesień, a wczasowicze wraz z początkiem roku szkolnego wrócili do domów.

W Ambleside postanowiłam zrobić pierwszy krok w stronę spełniania podróżniczych marzeń i za zarobione w Londynie pieniądze kupiłam porządne buty trekkingowe. W tym mieście bowiem, zamieszkanym przez maksymalnie pięć tysięcy mieszkańców, prym wiodły sklepy outdoorowe – z dwadzieścia co najmniej- jako że rejon jest rajem dla piechurów, wędrowców i wspinaczy. W porównaniu z Polską, nawet  z dużymi miastami, wybór był przeogromny! Nastawiłam się na buty firmy Meindl – Borneo 2, naczytawszy się o niech mnóstwa pozytywnych opinii,  ale po parogodzinnych przymiarkach, łażeniu po całym sklepie, skakaniu, kucaniu, bieganiu po schodach, podjęłam decyzję – wzięłam model Kansas Meindla – drugiej najlepszej firmy, jeśli chodzi o buty trekkingowe. Są wygodne jak marzenie, wodoodporne (z dożywotnią na to gwarancją!), a gdy już pierwszego dnia przez parę długich godzin łaziłam w nich po górach, nie czułam żadnych niedogodności i obtarć.

Innego dnia miałam jechać w okolice Scafell Pikes, najwyższego szczytu w Anglii, i wspiąć się na jego szczyt. Jednakże ranek okazał się być dość nieprzyjemny i plany na podróż trafił szlag. Mimo to – przeczekaliśmy parę godzin i przed południem wyszło piękne słońce.

z dziennika: „Poranek upłynął nam na rozmowie. Oboje stwierdziliśmy, że znamy się od wielu lat, a nie zaledwie od trzech dni. Oboje jesteśmy szczerzy i pod wpływem naszych nieustającej paplaniny wykrystalizowała mi się nowa myśl: „Cokolwiek wstydliwego by Cię nie dotknęło, nie bój się o tym mówić. Przyznając się do błędu, bólu, porażki, słabości – ukazujesz swoją siłę i wiarygodność, prawdziwe oblicze. A wówczas ludziom nawet do głowy nie przyjdzie, by szydzić czy Cię lekceważyć. Szczerość i naturalność to podstawa.”

Ostatecznie wylądowałam w wąwozie w okolicach Ambleside. Plecak spakowany po brzegi – coś do picia, ciasto upichcone poprzedniego dnia, flapjack, herbata w termosie, rękawiczki, czapka wełniana i płaszcz przeciwdeszczowy. Może i głupio brzmi takie wyposażenie, zważywszy na fakt, że był ostatni dzień sierpnia, ale zaraz się przekonacie, że tachanie tylu rzeczy okazało się być szalenie ważne i pomocne.

Wspinałam się po skałkach, prowadzących na szczyt. Gdzieniegdzie ktoś ułożył tak kamienie, że imitowały schody, mogłam więc iść bez obaw o skręcenie kostki i ze spokojem podziwiać widoki. A było czym się zachwycać!
Wchodziłam łagodnym stokiem, a za moimi plecami rozciągał się oszałamiający widok na dolinę. Zewsząd góry szczerzyły zęby w uśmiechu, i nawet słońce puszczało kocie oczka, gdy co chwila wyłaniało się zza puchatych chmur. W dolinie stał jeden z najwyżej położonych w parku pubów, a droga prowadząca do niego wiła się niczym Transalpina w Rumunii. Gdy dobrze wytężyłam wzrok, widziałam jezioro Windermere, a w innej kotlince – jeszcze jedną  taflę wody. 
Gdy byłam bardzo blisko szczytu, moje nowe buty czekał pierwszy egzamin w terenie: płaska, stroma skała, po której spływała woda, a ja  musiałam wdrapać się po niej, by móc dosięgnąć półki skalnej położonej nieco wyżej. Udało się! Przyczepność idealna, kostki całe, kark niepołamany.

Dotarłam na szczyt. „Teraz to będę miała widoki” pomyślałam. Lecz nagle znikąd pojawiły się chmury (pogoda w górach zmienną jest, kto był ten wie). Musiałam szybko założyć przeciwdeszczówkę i czapę. Schyliłam się do plecaka, a gdy podniosłam głowę…dalej niż na pięć metrów nie widziałam nic. Cały płaski jak stół wierzchołek spowijała gęsta biała mgła. Miałam dylemat – czy schodzić tą samą drogą, czy zrealizować plan i szczytem dojść do stoku po przeciwległej ścianie góry i znaleźć ścieżkę prowadzącą do miasteczka. Oczywiście, druga opcja wygrała.
Deszcz nie padał, ale mgła była wyjątkowo gęsta. Jej białe języki lizały mi stopy, a z ziemi ku górze wiły się leniwie kłęby oparów.

Szczyt okazał się być rozległym płaskowyżem, pośrodku którego biegła wydeptana przez piechurów ścieżka. Co jakiś czas zza mgły wyłaniał się ciągnący się wzdłuż dróżki kamienny płot.
Idą, czułam się niezwykle lekko. Jak w bajce. A może raczej baśni: jakby nagle miała zjawić się krocząca ku mnie fantastyczna postać. To wrażenie spotęgował staw, wyłaniający się parę metrów przede mną. Samotny, wśród wypłowiałych traw, a woda łagodnie falowała na wietrze. W głowie słyszałam głosy opowiadające celtyckie legendy – czułam bowiem, że ich twórcy inspirowali się właśnie takim krajobrazem, który roztaczał się przede mną.
Parę minut stałam jak urzeczona. 
A schodząc ze szczytu, stanęłam oko w oko z rudą krową. Jej długie rogi przyprawiły moje serce o szybsze bicie, na co nogi postanowiły obejść zwierzę szerokim łukiem.

Wróciłam do Ambleside, a stamtąd do Grange-over-Sands.

Te dni spędzone w Lake District, mimo że wcale nie tak intensywne jak poprzedni tydzień, okazały się być dla mnie jeszcze bardziej wspaniałe. Czułam, że to jest czas na jedną z najważniejszych lekcji o sobie i świecie. Z godziny na godzinę czułam ogromną wewnętrzną przemianę, która się we mnie dokonywała.

Nie żałuję ani minuty, choć niektórzy mogliby mi zarzucić, że zamiast łazić po parku dzień w dzień z plecakiem, ja kładłam się spać w mięciutkim łóżku i parę dni spędziłam na czytaniu buddyjskich książek, a nie na zwiedzaniu. Jednak to nic – w końcu w tej podróży nie liczyły się kilometry, a doświadczenie. A zdobyłam go co nie miara. 

Te tygodnie dały mi ogromną siłę. Poznałam siebie, wiem już, czego chcę od życia. Znam swoje priorytety. Nauczyłam się także otwierać na ludzi i na świat. Tu nie ma miejsca na negatywy, wszystko miało różową barwę. Jak moje życie – bo nawet, gdy nadciągają czarne chmury, ja rozpędzam je pozytywnym myśleniem. To łatwe, wiecie?

Do napisania,

Z.

A jeśli podoba Ci się to, co tu naskrobałam – podziel się w komentarzach swoimi przemyśleniami. I polub stronę na Facebooku. Albo Instagrama.

8 Comments Add yours

  1. Forest Brownie pisze:

    Uwielbiam Twoje pisanie Dziewczyno ! Tak cudnie potrafisz opisać przyrodę…a zapiski z dziennika są wręcz niesamowite. Czytam z zapartym tchem i czuję się tak jakbym to wszystko widziała na własne oczy. Nigdy nie przestawaj pisać…

    Lubię to

    1. Nie przestanę. Po to wychowała mnie cudowna Dziewczyna, zaszczepiła wiarę w marzenia i rozwinęła wyobraźnię, bym teraz mogła to wykorzystać.

      Lubię to

  2. Ten bordowy fragment o pieniążku przypomniał mi podobną rozmowę o talizmanach, amuletach, symbolach. Jak nosisz trzy kreski wygrawerowane na bransoletce to fajnie, ale nie działają. Jak nosisz trzy kreski i one znaczą ,,cierpliwość” to myślisz sobie co jakiś czas ,,a tak, miałam być cierpliwa” i to się powoli zmienia w nawyk 🙂 Kiedyś stosowałam, ale nie na cierpliwość.

    Lubię to

    1. To prawda!
      Amulety, talizmany, modlitwy, pieniążki – wszystkie one powstały w tym samym celu 😉

      Lubię to

  3. Angela pisze:

    Świetny wpis, mega się wciągnęłam, a w Twoich zdjęciach się po prostu zakochałam. Tak dalej! 😀

    Lubię to

    1. Tak będzie! Dzięki za Twoje słowa, nie pożałujesz, że tu trafiłaś. A zdjęcia…obiecuję coraz lepsze 🙂

      Lubię to

  4. Ha! Mieszkam niedaleko Lake District, trochę za Carlisle. W słoneczne dni widać wyraźnie pasmo gór, piękny widok. W ogóle sama jazda drogą przez LD jest niesamowita. Cały czas siedziałem z twarzą przy szybie samochody, niesamowicie to wygląda.

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s