Droga przez piekło. Spowiedź bulimiczki.

Wychowałam się na opowieści o Ani Shirley, która w pewnym momencie robiła wszystko, by mieć przyjaciół. W końcu zmądrzała, ale sporo ją to kosztowało. Była też bajka o brzydkim kaczątku, z którego wszyscy się śmiali, a ono wyrosło na pięknego łabędzia. Jako dziecko byłam zakochana w zielonym ogrze. Shrek – niezależny, opryskliwy facet – zawsze mi imponował. W przeciwieństwie do większości w życiu napotkanych facetów.

Przestaję już opowiadać Wam o ulubionych bajkach dzieciństwa, bo tym samym oszukuję zarówno Was jak i siebie. Skoro widzieliście tytuł dzisiejszego posta, wiecie że nie będzie on o Andersenie. Będzie o problemach, niebotycznych. I o walce, jeszcze potężniejszej. I o chęci niesienia pomocy innym. 

 

Udało mi się

Wiem, że tym, co dziś publikuję, mogę sama na siebie bicz ukręcić. Wiem, jakiej powinnam spodziewać się reakcji ze strony większości ludzi z otoczenia. Wiem, że nie będzie łatwo. Że wiele mogę stracić. Lecz nie stracę tego, co najważniejsze – siebie. Za mną już pozostał czas, gdy patrzyłam w lustro i nie wiedziałam, kim jest człowiek, który na mnie spogląda.

Pozostaje więc pytanie, czy kiedykolwiek coś, co miało sens, było proste i przyjemne?

Ostatnie parę miesięcy wiele mnie nauczyło. Zrozumiałam, że ludzie boją się rozmawiać. Wstydzą przyznać się do porażki, do niemocy i problemów. Gdy ukazujesz swoją słabość, zdaje Ci się, że wystawiasz się na pośmiewisko świata, w którym zawsze wygrywa silniejszy. Nie jest łatwo mówić o uczuciach z lęku przed odrzuceniem, kpiną i szyderstwem. Ale po latach ukrywania się, kluczenia i kłamstw dotarła do mnie prosta prawda – a mianowicie, że powyższe przekonania są zupełnie błędne. Nagle pojęłam, że przyznanie się do czynu obrzydliwego, do niemocy, do paraliżującego strachu wcale nie umniejsza naszej wartości – wręcz przeciwnie, poprzez takie działanie dajemy dowód naszej siły i wytrwałości. Bo skoro nie czujemy lęku przed obnażeniem się, to czy istnieje coś, co jest w stanie nas złamać? Ocena innych przestaje mieć znaczenie, gdy człowiek zna swoją wartość.

Jeden z najwybitniejszych himalaistów napisał: „Znów pojawił się przymiotnik „niemożliwe”, ale dodałem do niego „prawie”, co całkowicie zmienia perspektywę, rozpala promyk nadziei, pozwala poczuć, że nasze życie i ten świat można jeszcze zmienić. Do wielu spraw przypina się etykietę „niemożliwe”, „utopia”, „złudzenie”. Jednak historia uczy nas, że kto miał odwagę postawić przed tymi określeniami słówko „prawie”, osiągnął niesamowite rezultaty i pozostawił po sobie ważny ślad. Granice naszych działań i marzeń oraz możliwości ich realizacji leżą tylko i wyłącznie w nas samych. Niemożliwe stanowi wyłącznie alibi dla realizacji dla tych, którzy się poddali.” 

Ludzie, w życiu których pojawiają się problemy, często spuszczają wzrok i mówią sami do siebie „nie dam rady”, „to zbyt wiele”. To niedobre podejście. Ja myślę, że kłopoty są po to, by uczynić nas silniejszymi. By pokazać nam prawdę o nas samych. Są cennym doświadczeniem.

 

Jestem bulimiczką

Wojownikom (bo tak od dziś będę nazywać tych, którzy podjęli rękawicę i wygrali) udało się pokonać swoje problemy, uzależnienie i zachwiania.

Mimo zwycięskiej walki, mało kto odważy się głośno opowiedzieć o sprawie. O bulimii (od dziś nazywajmy rzeczy po imieniu).

Rozmaite nałogi to jedna z najczęstszych dolegliwości współczesnych ludzi. Papierosy, alkohol, narkotyki, internet, jedzenie – wszystko może okazać się pułapką.

Pamiętacie tekst, w którym pisałam o temacie tabu, jakim są zaburzenia odżywiania i jak trudno jest się do nich przyznać? Łatwiej powiedzieć „jestem alkoholikiem” niż „jestem bulimiczką”.

Nie należę do ludzi idących na łatwiznę i powiem to. Jestem bulimiczką. Z chorobą borykałam się ładnych paru lat. Dwa lata bulimii, parę miesięcy kompulsywnego jedzenia, ponad rok anoreksji.

Dla społeczeństwa to oznacza, że wymyślam sobie problemy, bo mi się w życiu nudzi. To żadna tragedia – żeby się wyleczyć, wystarczy przestać jeść. Albo wypić wodę z cytryną. Ktoś jeszcze rzuci jakąś mądrą radą? Zapraszam – pełne pole do popisu. Antydepresanty – proszę bardzo. Odcięcie się od tzw. zapalników – voila. Szukamy dalej?

Kurwa, Miśki, to tak nie działa. Bulimia to piekło. To nie dziecinna igraszka. To choroba, która… rozpoczyna się na nasze własne życzenie.

 

Historia

Mam 18 lat, dwa lata temu wpadłam w sidła tej suki, jeszcze wcześniej podałam sobie rękę z Aną. Dobrze się wówczas poznałyśmy – tak dobrze, że gdy szeptała  mi do ucha: „woda tłuczy”, ja przestawałam pić, bo nie jadałam już długi czas.
Później – zawirowania w gimnazjum i brak akceptacji ze strony rówieśników sprawiły, że coraz bardziej zapadałam się w sobie. Z nikim się nie spotykałam, życie poza nauką ograniczało się do książek. To wtedy styknęłam się z gotowaniem. I zaczęłam piec. I przestałam liczyć kalorie. Piekłam dużo i często. Codziennie wieczorem wyciągałam z piekarnika gorące ciasto. Częstowałam Mamę kawałkiem, po czym w ciągu godziny sama zjadałam resztę. Nie myślałam o tym, co robię. Liczyło się tylko zajadanie samotności, bólu istnienia i godzin, których nie umiałam spożytkować. W krótkim czasie bardzo dużo przytyłam. I gdy po paru miesiącach stanęłam na wagę, przeżyłam ogromny szok. Prawie dziesięć kilo na plusie. To dużo, jak dla drobnej dziewczyny, która jeszcze niedawno panikowała przed każdym gramem więcej.

Co było dalej? „No trzeba to zrzucić!” – jak pomyślałam, tak zrobiłam. Ale że miałam ogromną niechęć do jakiejkolwiek aktywności fizycznej i dość już mi było głodzenia się, znalazłam inny sposób. Zaczęłam wymiotować.

Najpierw po każdym posiłku, aby przypadkiem nie zostało nic w organizmie. Później – pozwalałam sobie na desery i także szłam do łazienki. A po paru miesiącach odkryłam raj – urządzałam sobie tak zwane „uczty”, podczas których pochłaniałam niewyobrażalne wręcz ilości tłustych, słodkich, niezdrowych rzeczy. Myślę, że nie raz było to po kilkanaście tysięcy kalorii na posiedzeniu. I kibel.

Początkowo było miło – mogłam jeść, co chciałam i to bez ograniczeń, i nie tyłam!

Mimo że wiedziałam, że to popieprzone i nienormalne, nie dopuszczałam do siebie myśli, że mam problem. Przecież nie ja – ja mogę w każdej chwili przestać. Ale nie przestawałam – lęk przed wyimaginowanymi fałdami na brzuchu, cellulitem na udach był większy od racjonalnych podpowiedzi głowy. A uzależnienie już brało górę i nie umiałam powstrzymać napadów.

Półtora roku temu, zimą, choroba osiągnęła punkt kulminacyjny. Brałam tabletki przeczyszczające i wymiotowałam do kilkunastu razy w ciągu dnia. Jedzenie stało się uzależnieniem, nie umiałam mieć umiaru, nie potrafiłam trzymać się granic. To wymknęło się spod kontroli.

O bulimii nie wiedział nikt. Ani Mama, ani najlepsza przyjaciółka, ani chłopak. Nie obwiniajcie ich – bulimiczki mogłyby zdawać do szkoły aktorskiej i jestem pewna, że każdą z nich przyjęliby tam z otwartymi ramionami. Umiałam bowiem świetnie grać (zarówno przed światem, jak i przed sobą) – gdy jesteś chory, znasz mechanizmy i wiesz, kiedy możesz się obeżreć, kiedy dać na wstrzymanie, co mówić i komu. Głośna muzyka, walenie garnkami, podjadanie z każdej paczki po trochu. Nikt się nie zorientuje.
A poza tym – jak miałam podzielić się tym obezwładniającym bólem, opowiedzieć o chorobie, o niemocy, o strachu swojemu chłopakowi, którego siostra cierpiała na anoreksję, a ja nie raz słyszałam, że „głupia jest, nie chce się starać, wykańcza rodziców”? Wstydząc się tego, kim jestem i co robię, nie byłam w stanie poddać się jego osądowi.

 

„Nie dam Ci tak łatwo odejść”, Twoje ED

To wówczas, wczesną wiosną 2015, zapragnęłam przestać. Ale…to zabrnęło już wtedy za daleko. Siła, która pchała mnie ku jedzeniu i wymiotowaniu (które – co będzie dość drastyczne i dla większości trudne do pojęcia – samo w sobie także sprawiało niewysłowioną przyjemność…) była zbyt ogromna. Ale ja bałam się i wstydziłam przyznać przed kimkolwiek do problemu. Nadal wierzyłam, że sama sobie poradzę i nie wyciągałam dłoni po pomoc. Nawet – a może przed wszystkim  – nic nie mówiłam Mamie, gdyż czułam, że ją zawiodłam, że zawaliłam na całej linii. Miałam zrytą psychikę.

Nic mnie nie cieszyło, zaczęłam izolować się od ludzi. Nie miałam do siebie ani krzty szacunku czy sympatii. Nienawidziłam swojego ciała, a jednocześnie chciałam móc je zaakceptować takim, jakim było – lecz to okazało się być nie do przeskoczenia. To w innych zaczęłam szukać namiastki tego, czego sama nie umiałam sobie dać – ciepłych uczuć, poczucia bezpieczeństwa, uśmiechu. Szukałam ich u mężczyzn, a później patrząc w lustro – na krótko ściętą dziewczynę z białymi włosami – nie miałam pojęcia, kto zerka na mnie z odbicia.

Latem ubiegłego roku „wpadłam” – Mama zadała pytanie, co stało się z dnia na dzień z ogromnym pudełkiem czekoladek, a ja…nie wytrzymałam. Powiedziałam jej wszystko.

Wczesną jesienią (po ponad dwumiesięcznym wzbranianiu się) rozpoczęłam terapię. Świetna pani psycholog mi się trafiła, jednak nawet ona nie była w stanie nic wskórać. Bo ja – mimo że zapewniałam, że chcę wyjść z bulimii, wciąż bałam się przytyć i to mnie gubiło.

Byłam uzależniona. A pierwszym krokiem w terapii jest przyznanie się przed samym sobą do problemu. Drugim – najistotniejszym – chęć wyjścia z piekła nałogu. Trzeba pokonać długą drogę, by dojść do tego etapu – nie każdemu się to udaje. Mój Dziadek nie umiał powiedzieć: „Jestem chory, pomocy” i dlatego umarł na alkoholizm.

Od momentu przełomowego – wiosną ’15 – do momentu, gdy coś zaczęło realnie się zmieniać, minęło… prawie kolejne półtora roku. Dopiero te wakacje dały mi siłę. To w czasie podróży polubiłam siebie taką, jaką jestem. Zaakceptowałam to, jak wyglądam i to, że nie muszę upodabniać się do wychodzonego wieszaka, by być coś wartą. Ale przede wszystkim – zachłysnęłam się światem. Odnalazłam pasję. Podróże i fotografia, pisanie i tatuaże dają mi szczęście. Zajmują dni i myśli, na okrągło. Nie ma już miejsca na nudę, czasu na płacz. Wiem, co jest dla mnie ważne – robienie tego, co kocham najbardziej; radość z najmniejszej chwili; życie w zgodzie ze sobą; wiara w siebie. A nie waga i wygląd. 

Teraz wydaje mi się, że to takie oczywiste. Ale przecież ostatnich parę lat, prawie całe moje nastoletnie życie, udowodniło, że jest zupełnie inaczej.

Dopiero dziś kocham siebie i nawet się lubię. I uśmiecham do ledwie widocznej fałdki na brzuchu, i do małych ust się uśmiecham, i do skórki pomarańczowej. Są moje i tylko moje – to moje ciało, dom mojej duszy. Muszę o nie dbać i rozpieszczać, a nie – nienawidzić go i walczyć.

 

 

Czym w takim razie jest bulimia?

To choroba duszy.
Jesz do momentu aż myślisz, że pękniesz, ale nie dlatego, że czujesz głód. Podczas jednego ataku (czyli momentu, w którym jesteś w stanie pochłonąć niewyobrażalne ilości jedzenia) nie myślisz o tym, co trafia do Twojej buzi. Nie sprawia Ci to żadnej przyjemności. Po co więc to robisz? By nie czuć, by nie myśleć. By odciąć się od swojego wnętrza. Zażerasz pustkę, która w Tobie panuje. Tęsknotę, która zżera Cię od środka. Ty musisz ją czymś zapełnić. 

 

To Twój sposób na nudę/bezsilność/samotność/przerażenie/nadmiar kłopotów.
Bulimia zaczyna się zazwyczaj od głupiej chęci schudnięcia. To łatwy i przyjemny (sic!) sposób na pozbycie się zbędnych (według Ciebie!) kilogramów. Możesz jeść do woli i bez wyrzutów sumienia (po każdym ataku zażywasz tabletki, idziesz do łazienki w wiadomym celu albo ćwiczysz do nieprzytomności, by pozbyć się nadmiaru spożytych kalorii). Głupia chęć schudnięcia pojawia się, bo nie akceptujesz swojego ciała. Dostrzegasz w nim największego wroga, a nie najlepszego przyjaciela. Jedna fałdka na brzuchu sprawia, że masz ochotę iść się pochlastać. I to dosłownie. Nie pytajcie mnie, skąd się bierze brak akceptacji własnego ciała – to aż nazbyt oczywiste. Żyjemy w społeczeństwie, które promuje wystające kości, chude jak szkapy modelki i ogólną modę na bycie fit. Nie możesz wypaść z gry, więc robisz wszystko, by utrzymać się na powierzchni. Dosłownie wszystko. Ten świat jest chory. Dlaczego wyznacznikiem „bycia” jest wygląd? Czemu nikt nie patrzy na to, co wewnątrz, a od razu ocenia po okładce? Co sprawia, że śliczne, wartościowe młode osoby, poddają się presji i zaczynają czuć do siebie obrzydzenie?

 

Wiemy już skąd bierze się ta choroba. Co dzieje się dalej?

Wpadasz w coraz większy dół. W otchłań bez dna, powiedziałabym. Skoro możesz jeść bez umiaru, to pożerasz – coraz więcej i więcej. Nagle staje się to Twoją ulubioną rozrywką. Kursując między łazienką a kuchnią tracisz całe popołudnia. Czas ucieka Ci przez palce. Nie masz ochoty na nic – na szkołę, pasję, przyjaciół, zajęcia dodatkowe.

Twoje myśli pochłania tylko i wyłącznie jedzenie. Myślisz o tym, co zjesz, kiedy zjesz, ile zjesz i dlaczego tak mało. Gdy jesz, zastanawiasz się czy jeść jeszcze, gdy skończysz, wyrzucasz sobie, że tego było zbyt dużo. Gdy było zbyt mało, przekonujesz siebie, że mogło być więcej. Płaczesz, bo jesz. A gdy nie jesz, płaczesz, bo nie umiesz robić nic innego.

W momencie, gdy już nic Cię nie cieszy, uświadamiasz sobie problem. Już nie bawi Cię łatwa droga do osiągnięcia figury modelki. Zaczynasz się bać. Dostrzegasz, że tkwisz po uszy w bagnie. Każdego dnia obiecujesz sobie, że nigdy więcej nie będziesz mieć ataku. To nigdy nie wypala. To nie działa w ten sposób. Nie da się powiedzieć – już dość. Każda komórka Twojego ciała, każdy mięsień, każdy włos na skórze, każda myśl, słowo wypowiedziane w głowie, łza, obdarte kostki na dłoniach i opuchnięta buzia – chcą jeść i się tego jedzenia pozbywać, i boją się przytyć. Na tym etapie nie wiesz jeszcze, że z takim podejściem niczego nie wskórasz. Trzeba zmienić całkowicie swoje życie. I żaden psycholog tego za nas nie zrobi.

Przecież nie przestaniesz jeść w ogóle – skąd musisz czerpać paliwo do życia. Ale nie umiesz jeść tylko po to, by się nakarmić – wpadasz w błędne koło kęsów.

Musisz zrozumieć, że bulimia siedzi w Twojej głowie. W momencie, gdy powiesz sobie „dość”, musisz wziąć byka za rogi. Ale podejść go od innej strony. Nie dawać sobie niemożliwych do spełnienia zadań. Musisz zmienić trzy rzeczy:

  • Zaakceptuj siebie. Jesteś niepowtarzalnym człowiekiem i znaczysz dla świata ogromnie dużo. Zrozum, że w życiu nie liczy się to jak, wyglądasz. Ważne jest to, co masz w głowie i co sobą reprezentujesz. Twoje ciało to Twój dom. Musisz się o nie troszczyć, a nie z nim walczyć. Jeśli będziesz traktować je dobrze, ono odwdzięczy się tym samym. Nie ma dwóch tych samych spojrzeń w oczy i tak samo – nie ma dwóch takich samych ciał. Bo czy ktoś widział,  by wielkie królestwa były identyczne? Każda potęga zbudowana została na indywidualnej sile i możliwościach. Dlaczego z Tobą miałoby być inaczej?
  • Musisz walczyć ze swoimi emocjami. Chorzy na bulimię często są przytłoczeni nadmiarem myśli i uczuć. Uszereguj je i wyznacz te najważniejsze. Naucz się mówić głośno o tym, co czujesz. Ogarnia Cię wściekłość? Klnij! Wykrzycz to! Nie zamykaj się w sobie. Najgorsze, co możesz zrobić, to tłumić emocje. (Pamiętaj: „to Twój sposób na nudę/bezsilność/samotność/przerażenie/nadmiar kłopotów.”)
  • Zastąp ataki czymś pożytecznym i przyjemnym. Nie, na początku nie będzie to wcale łatwe. Żadne wychodzenie z nałogu nie jest łatwe. Koniecznie znajdź coś, co pomoże Ci radzić sobie ze stresem i napięciem (u mnie napięcie było głównym powodem ataków – aby spuścić powietrze, wchodziłam do kuchni). Z mojej perspektywy mogę powiedzieć, że skuteczne są: książki, nauka (ale tylko tego, co sprawia Ci przyjemność), spacery, rozmowa z kimś bliskim (o ile takowego masz). Rób coś, co sprawi Ci przyjemność, do niczego się nie zmuszaj. Najważniejsza dla mnie okazała się być pasja. 

Uratowały mnie podróże, blog i zdjęcia. To im poświęcam każdą wolną chwilę.
Na dzień dzisiejszy – jem, gdy jestem głodna, gdy muszę nakarmić organizm. Pozwalam sobie na batonika lub kawałek ciasta, bo – co jest dla mnie niewytłumaczalne – z dnia na dzień nauczyłam się zachować umiar. I cieszyć się każdym kęsem – iść „na jakość”, a nie „ilość”. Wyzwoliłam się od złych myśli. Czasem wydaje mi się, że byłam już na samym dnie i któregoś dnia po prostu się od niego odbiłam. Ciało, dusza i umysł były wykończone obezwładniającą walką i postanowiły połączyć te swoje resztki sił, by zatroszczyć się o przyszłość. Głupio byłoby jej dożyć z pękniętym przełykiem lub z podciętymi z bezsilności i beznadziei żyłami (no wtedy to bym jej akurat nie dożyła…).


Dotarła do mnie jeszcze jedna ważna kwestia: liczy się dla mnie wolność. Wolność i niezależność ponad wszystko. Jak więc mogę dawać się głupim myślom o jedzeniu?  Pozwalać, by mnie ograniczały, rozpraszały, doprowadzały do czarnej rozpaczy i zamieniały w zimną sukę (tak, zaburzania odżywiania powodują ogromne huśtawki nastrojów – z euforii w depresję, a wszystkim w otoczeniu się obrywa, szczególnie najbliższym).

Mówią, że co Cię nie zabije, to Cię wzmocni. To prawda.

 

 

Postaram się pomóc, nim będzie za późno.

Jaki cel ma dzisiejszy post? Przecież nie taki, żeby zwrócić na siebie uwagę czy zrobić z siebie obiekt drwin.

Piszę dla innych. Piszę, by pomóc ludziom, którzy zmagają się z ogromnym problemem, a nie mają w nikim wsparcia. Chcę przybliżyć chorobę tym, którzy do tej pory nie mieli z nią do czynienia i myśleli stereotypowo. Chciałabym odczarować jej złe imię. Nauczyć Was rozmawiać o bulimii, zaburzeniach odżywiania (skrót od angielskiego eating disorders to ED i nim będę się posługiwać) i problemach psychicznych.

Przyznanie się do bulimii to nie wstyd. To powiedzenie głośno o swoim upadku. Ja jednak pokażę Wam, że warto podjąć rękawicę. Warto walczyć. Gdy uda Ci się pokonać bulimię, Twoja moc Cię zaskoczy. Może ta choroba dotknęła Cię, by dać Ci naukę? W moim przypadku było tak na pewno. To dzięki niej umiem dziś doceniać każdą, nawet najmniejszą radość życia. Otwieram się na innych, kocham i pragnę być kochaną, bo wreszcie wiem, że na to zasługuję. Za dużo czasu straciłam na chore myśli podczas wizyty w piekle, by teraz robić cokolwiek, co nie daje mi szczęścia.

Ja o swojej walce myślę jak o lekcji na całe życie. Dała mi siłę. Pokazała, co jest ważne a co nie. Pozwoliła odkryć świat, pasję i siebie.

Dość już kłamstw. Dziś zostawiam je za sobą i zapominam o strachu.

Chciałabym, by każdy, kto cierpi, boryka się z ED, ma pytania, pragnie pomóc bliskiej osobie, napisał do mnie. Zawsze odpowiem. Nie będę bredzić, wiem, co to znaczy  żyć w niemocy i szukać wsparcia. Mail – zosiaakatarzyna@o2.pl 

Nikt nie dowie się o naszej korespondencji.

Wasza dzielna Wojowniczka,

Z.

4 Comments Add yours

  1. Ania. pisze:

    Dziękuję Ci tak bardzo, że o tym piszesz. Szczerze? Nikogo tak nie podziwiam jak osób piszących orwarcie właśnie o bulimii. To bardzo niezrozumiany temat, jest wiele stereotypów, większość ludzi nie ma podstawowej wiedzy. Tym bardziej trudno się przyznać, chociaż, tak jak mówisz, nie ma potrzeby, żeby się tego wstydzić tak samo jak nie wstydzimy się, że mamy grypę. Dziękuję za to co robisz, bo choć bulimia jest mi bliska tylko po części ( bardziej jako sposób radzenia sobie w anoreksji i bez dużych napadów obżarstwa), to jakoś osoby, które się z nią zmagają wciąż są mi bardzo bliskie. A Ty w ten sposób niezmiernie im pomagasz i mnie też, pokazując , że można mówić o takich rzeczach odważnie 🙂 Trwaj i pisz tytaj dalej!

    Lubię to

    1. Będę pisać!. Masz całkowitą rację. To temat tak ważny – tak wbrew pozorom częsty, a tak pomijany!
      To nie wstyd, ale….cholernie trudno jest dojść do tego wniosku. Mnie samej lata to zajęło. A dziś? Czuję, że mogę góry przenosić!

      To na pewno nie był ostatni post. Wierzę, że ta choroba była po coś. Stracone lata nie pójdą na marne!
      Będę tu dla Was. Mamy o co walczyć!
      O siebie, o życie, o wolną przyszłość.

      Parafrazując: „To jest bulimia, a my mamy z nią wojnę. A zdrada na wojnie karana jest śmiercią. ”

      :*

      Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s