Ostatnie migawki z południa Anglii- oślica Penelopa, żołnierz Peter, głuchoniema rozmowa w kafejce i host Tom

Budzę się rano, cisza, spokój, mimo że dookoła mnie stoją rozstawione campery i parę namiotów. Wracamy do Anglii, może być, Kochani?

Cieszę się z małych rzeczy. Z tego, że ktoś zapomniał szamponu spod prysznica i mogłam umyć włosy malinowym specyfikiem. Z tego, że w końcu mogę wypić herbatę zalaną po brzeg kubka, a nie jedynie do połowy – ze strachu, że za moment zabraknie mi wody – tutaj przecież, na polu campingowym, mam kran dosłownie za rogiem i mogę delektować się każdym łykiem.
Godzinę po mojej pobudce, na dworze zaczęło padać. Najpierw delikatnie siąpiło, lecz już za moment rozszalała się ulewa. Wlazłam do namiotu i zaczęłam rozmyślać, jak by to było zostać na polu jeszcze jeden dzień. Po dłuższej chwili słońce przejęło rządy na niebie, a ja…nadal siedziałam w swoim domku żółwia. Kompletnie nic mi się nie chciało, a już na pewno nie wędrować z plecakiem w nieznane. Dopadł mnie chyba swego rodzaju kryzys i czułam przerażenie na myśl o tym, że w samym (w gruncie rzeczy nie za wielkim) Lake District i na Murze Hadriana zaplanowałam sobie spędzenie dziesięciu dni.

Jednak ja się tak łatwo nie poddaję znużeniu! Krótko przed południem – w pełnej gotowości bojowej zwinęłam cały dobytek i wyszłam na drogę przed campingiem. Jakie było moje zdziwienie, gdy jeszcze nie zdążyłam dobrze wyciągnąć kciuka, a przede mną momentalnie zatrzymał się van! W środku małżeństwo z dwójką dzieci – mieszkańcy Lake Distict, notabene, którzy  Kornwalii spędzali wakacje. Kierowali się w stronę sanktuarium dla osłów w Devon. Ja chciałam jechać na granicę Dartmoor NP (bo czemu by nie zahaczyć o jeszcze jeden park narodowy, skoro i tak jestem w okolicy?) i gdzieś na wrzosowiskach spędzić noc. Kierowca, znając teren tak samo „dobrze”, jak ja, zaoferował, że podwiezie mnie do Tavistock (zbaczając z zamierzonej trasy) – największego miasta w okolicy, skąd bez problemu będę mogła znaleźć połączenie do Dartmoor. Jak postanowił, tak zrobił i za niecałą godzinę byliśmy na miejscu. Na odchodnym po raz kolejny usłyszałam, że jestem bardzo odważna. Czy ja wiem? Mnie po prostu zżera ciekawość świata.

Tavistock to ostatnie miasteczko przed wjazdem do Dartmoor NP. Ze swoją średniowieczną architekturą i ogrodami z feerią barw zdawało się być turystycznym rajem. I rzeczywiście – na skąpanych w słońcu ulicach nie sposób było nie spotkać wczasowiczów. W restauracyjnych ogródkach, na wielkim targowisku, na wystawie prac lokalnych twórców…

Po głowie chodziło mi, by dostać się do Princetown – wsi położonej w samym sercu parku. Poinstruowana, w którą stronę powinnam się udać, by dojść do wylotówki z miasta, szłam ulicami pełnymi małych sklepików z rozmaitym asortymentem. Nagle natknęłam się na sklep połączony z kawiarnią, który zbierał fundusze na pomoc osłom, na utrzymanie sanktuariów dla tych zwierzaków oraz na szerzenie wiedzy i edukację właścicieli pociesznych stworzeń w krajach takich jak Etiopia czy Kolumbia. 100% dochodów oddawane w ręce fundacji!

Podziwiam ludzi zaangażowanych w akcje charytatywne. Robią coś z głębi serca, bezinteresownie, dla innych. W sklepie można było kupić rozmaite gadżety z podobiznami osiołków, a ja muszę szczerze przyznać, że pamiątki tego typu są moimi ulubionymi. Autentyczne lokalne rękodzieło lub wspomaganie fundacji działających w słusznej sprawie. W tym konkretnym spocie działały trzy części – jedna oferująca wszelkiego rodzaju handmade i pamiątki – koce, koszulki, torby, kubki czy wełniane maskotki; druga to coś na kształt charity shopu, gdzie ludzie znosili niepotrzebne im już przedmioty; i trzecia działająca jako mała kafejka z paroma kawami i gorącymi czekoladami do wyboru i ladą zastawioną kuszącymi ciastami. Całość funkcjonowała bardzo sprawnie i naprawdę byłam miło zaskoczona faktem, że rzeczywiście 100% dochodu jest przeznaczone na zwierzęta – bowiem przeważnie kwota opiewa na 20% czy 50% (od wielkiego dzwonu).
Do mnie z wystawy uśmiechała się dziergana ręcznie z wełny oślica, więc to z nią wyruszyłam w dalszą podróż. Została kompanką – na dobre i na złe – w końcu dobrze jest się mieć do kogo przytulić w zimną, ciemną noc 😉

Nie wyszłam jeszcze dobrze z miasteczka, gdy z głupia frant odwróciłam się i moim oczom ukazał się wyjeżdżający zza zakrętu biały pick-up z młodą blondynką za kierownicą. Dziewczyna od razu zatrzymała się na poboczu, a ja na pytanie „Dokąd jedziesz?” odpowiedziałam jak zwykle: „A ty dokąd się kierujesz?”.

z dziennika: „Przecież ja nie ma określonego planu. Mogę jechać tam, gdzie akurat nadarzy się okazja. Nic mnie nie ogranicza, ani nie trzyma w danym miejscu”

Dzięki takiemu podejściu tego dnia wylądowałam w wąwozie pośród fioletowych wrzosów. Blondynka, która mnie zabrała, miała 25 lat i podzielała moje zdanie co do tego, że kiedy podróżować, jak nie teraz? Ona sama miała własną firmę, ukochanego konia i obowiązki, a że brakowało jej kogoś, komu mogła by w pełni zaufać, nie mogła pozwolić sobie na wakacje dłuższe niż trzy dni. A mnie co trzyma? Szkoła, którą muszę ukończyć i to by było na tyle. Mogę nabrać wiatru w żagle i płynąć, dokąd mnie nogi poniosą.

Na takich rozmyślaniach zeszła mi wędrówka kamienistą drogą w tunelu z drzew. Wchodziłam do Dartmoor NP. Ścieżka pięła się kilkaset metrów w górę, a mniej więcej w połowie krzewy rosnące na złotym polu zastąpiły drzewa. Powinnam raczej napisać kosodrzewiny – przypominające te, które pamiętam z rejsów po chorwackich wysepkach. Przede mną, jak okiem sięgnąć, rozciągało się pustkowie. Na jednym z pagórków leniwie pasły się owce, a w dolinie krowy wolno żuły trawę. Wiatr hulał pośród traw, a słońce mocno grzało w plecy.
Wiedziałam, że nie będę tego dnia wyprawiać się na dalekie wędrówki, toteż czym prędzej zaczęłam szukać miejsca na nocleg.
Po przejściu przez starą drewnianą bramę, zapoznaniu się z tabliczką ostrzegającą przed możliwymi próbami ogniowymi sił obronnych UK na terenie parku, zeszłam ze szlaku. Wspięłam się na wzgórze gęsto porośnięte kwiatami kłującymi niemiłosiernie. Pogadałam z pasącymi się nieopodal owcami i w mgnieniu oka ujrzałam miejsce idealne.

Był to wąwóz gęsto porośnięty trawą i otoczony z obu stron stromymi wzniesieniami. Zapytałam grzecznie sąsiadek, czy mogę się przekimać obok nich, a one po krótkiej naradzie wyraziły zgodę.

Istny raj na ziemi. Po pierwsze – widoki! Niebo było przejrzyście błękitne, dzięki czemu widoczność miałam znakomitą. Jak okiem sięgnąć – pagórki, wrzosowiska i owce! Krajobraz tak odmienny od kornwalijskiego, zdominowanego przez lazurową wodę wybrzeża, śródziemnomorską roślinność i kremowobiałe domki.
Istniały jeszcze dwa powody, dla których zdecydowałam się tam rozbić: rozstawienie namiotu w dolince chroniło przed silnym wiatrem; a wysokie ściany wąwozu dawały poczucie bezpieczeństwa, bowiem nie było szans, by ktoś mógł mnie ujrzeć ze szlaku.

Popołudnie upłynęło mi leniwie. Drzemałam, pisałam, coś zjadłam, zwiedziłam okolicę, pogadałam z oślicą Penelopą…

W ostatecznym rozrachunku – to był dobry dzień. Mimo że rano byłam sceptycznie nastawiona do dalszej podróży, gdy już zebrałam się w sobie, życie pozytywnie mnie zaskoczyło – jak to zwykle bywa. Zwiedziłam urocze miasteczko, zdobyłam kumpelę na dalsze wojaże, poznałam przemiłych ludzi i spędziłam wieczór w przecudnym miejscu. Żyć nie umierać.

z dziennika: „Czasem warto zmusić się i ruszyć z miejsca, bo nie wiadomo, ile cudnych niespodzianek kryje się za rogiem. W życiu, notabene, jest podobnie – wpadamy w dołek i im dłużej w nim jesteśmy, tym trudniej jest się nam z niego wyrwać. Lecz w momencie, gdy podejmiemy decyzję – dosyć!! – wiemy, że było warto”. 

Następnego dnia obudziłam się o 4 rano. Padało. Co już w ogóle mnie nie dziwiło. Krople deszczu regularnie bębniły o tropik, a ja cieszyłam się, że tak dobrze ponaciągałam wszystkie linki. Po jakimś czasie deszcz ustał, by o szóstej znów zrosić ziemię łzami aniołów. Płakały chyba dlatego, że opuszczałam południe wyspy, żegnałam się z Kornwalią.
Niestety – to tylko tak poetycko brzmi – bowiem, gdy wyszłam na zewnątrz, mżawka w najlepsze moczyła mój namiot, a ja miałam problem, gdyż nie bardzo wiedziałam, jak to zrobić, by spakować wszystko i dotrzeć do Exeter (przesiadkowy punkt podróży), nie będąc przemoczoną do suchej nitki. Musiałam włączyć logistyczne myślenie i zrobić tak, by nic nie było bardziej mokre niż to konieczne – namiot, plecak i ja.

Na zewnątrz było biało – w miejscu wczorajszego błękitnego nieba miałam gęstą jak budyń waniliowy, nieprzezroczystą mgłę. Dalej niż w odległości pięciu metrów nie widziałam kompletnie nic. Nawet wrzosy zdawały się być jak jagodowy milkshake i to z przewagą mleka!
Szybko jednak udało mi się zebrać i mimo że aura nie była najbardziej sprzyjająca, ja czułam w sobie ogromne zasoby energii – pragnęłam działać, ruszać, gnać!
Spakowana i prawie sucha pożegnałam się z wąwozem, a owcom, niewidocznym za mgłą rzuciłam koślawe „do widzenia”. Zaczęłam schodzić ze wzgórza, tą samą ścieżką, którą szłam poprzedniego dnia. Kierowałam się do kompleksu u stóp góry – pubu, hotelu i pola namiotowego. Chciałam tylko wziąć nieco wody, umyć zęby i ręce i łapać stopa do Exeter, ale gdy zaczęłam rozmawiać z właścicielem, ten zaproponował mi prysznic. To była ostatnia rzecz, której mogłam spodziewać się tego poranka! Oczywiście, że nie odmówiłam.

Po gorącej kąpieli stanęłam na poboczu i jak poprzedniego dnia – momentalnie pojawił się ktoś, kto zaoferował podwózkę. Sam mnie zagadał, a ja okazałabym się być naprawdę głupią, gdybym odmówiła. Wsiadłam do dużego vana, kierowanego przez faceta koło pięćdziesiątki, który wyglądał na zaprawionego w bojach piechura. Krótkie bojówki, grube wełniane skarpety wywinięte na skórzane buty trekkingowe. Czerwona kurtka pasowała kolorystycznie do napisu  „military fitness” na drzwiach auta. Na siedzeniu pasażera natknęłam się na topograficzną mapę okolicy, kompas, dziwne urządzenie nawigacyjne i drugą parę butów do wędrówki. Okazało się, że to wojskowy, który za dwanaście miesięcy odchodzi ze służby. Wracał z trzydniowego kilkudziesięciokilometrowego marszu po Dartmoor NP, by wypróbować sprzęt przed wyjazdem do Snowdonia NP, gdzie wyruszał niedługo z przyjacielem. Był zaciekawiony tym, co robiłam, gdzie byłam, jak podróżuję, ale też…co jem. Pogadaliśmy o życiu, o tym, że niekiedy trzeba pewne rzeczy zaakceptować zamiast próbować na silę zmieniać coś, na co i tak nie mamy wpływu. To zresztą jest moją filozofią w podróży (a ostatnio także w codziennym życiu). On dodał, że tym kierują się żołnierze – ich nie obchodzi, czy ktoś się zgadza czy nie, oni chcą tylko rozwiązać problem tak, by nikt nie musiał być za bardzo ranny.
Po półgodzinie drogi zatrzymaliśmy się na stacji, kierowca kupił po herbacie i ciastku. Znowu rozmawialiśmy – o wegetarianizmie i pomaganiu innym, o fundacjach działających w szczytnym celu. W Walii podobno działa kawiarnia sprzedająca kawę fair trade i cruelty free, z której cały dochód jest przekazywany na pomoc orangutanom. Peter zdradził mi też, że zabrał mnie, bo przecież równie dobrze to mogła być jego córka i wyszedł z założenia, że dziś to on pomógł mi, a któregoś dnia – to jemu ktoś poda pomocną dłoń.
W pewnym momencie zjechał w boczną drogę, by…dać mi prezent. Okazało się, że dostał z wojska paczki żywnościowe (tak, tak, te pożywne, energetyczne i cholernie drogie) – i do tego jeszcze wege, dla jego partnerki.

z dziennika: „Ludzie zdumiewają mnie na każdym kroku. Gdy pozwolisz im się wykazać, ich pomoc przechodzi Twoje najśmielsze oczekiwania. Nie spodziewałam się w ten zimny i mokry poranek, że będę mogła się wykąpać w gorącej wodzie i że dostanę pyszne żarełko. A co ważniejsze – o nic z tego nie prosiłam. To ludzie sami z siebie, bezinteresownie. pragnęli pomóc, ze szczerością w oczach. Po powrocie do Polski nie pozostaje mi nic innego, jak zmienić podejście do innych i do świata. Dać szansę tym, których dotychczas trzymałam na dystans. Mogłabym powiedzieć, że czas przenieść na grunt codzienności to, czego nauczyłam się, i nadal się uczę, w drodze.”

Rozstaliśmy się w Exeter, skąd miałam autobus do Manchesteru. Peter odjechał kawałek, po czym zawrócił, by mocno mnie przytulić i ze łzami w oczach życzyć powodzenia w dalszej drodze. On – taki wielki pan wojak!
Miałam masę czasu – parę ładnych godzin do odjazdu, toteż pospacerowałam po spokojnych uliczkach. Szłam główną ulicą handlową, gdzie pomimo obecności wielu filii sieciowych sklepów, nadal czuć było starodawny klimat. Piękne budynki, elewacja a’la mur pruski, zapierająca dech w piersiach katedra… Imponująca, wybudowana w stylu gotyckim, a przed nią – na podeście stała rzeźba nosorożca, ozdobiona malunkami prehistorycznych zwierząt m.in. ptaków dodo, dinozaurów i tygrysów szablozębnych. Celem twórczyni tej instalacji nie był powrót do epoki lodowcowej, a zwrócenie uwagi na gatunki zagrożone wyginięciem i na to, że nasze codzienne działania i wybory realnie przyczyniają się do problemów Matki Natury.

Resztę dnia spędziłam w kafejce przy rynku. Przyglądałam się ludziom dookoła mnie, uśmiechałam do dzieci ciekawie spoglądających na moje tatuaże. Po godzinie lub dwóch przy stoliku obok usiadł głuchoniemy sześćdziesięciolatek w różowej koszulce polo. Jego białe włosy komponowały się z piegami na nogach i chochlikami w oczach. Czułam, że przypatruje się pingwinowi na dłoni i po paru minutach zagaił rozmowę. I…rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym (a raczej…pisaliśmy o tym na kartce, bo on nie mówił, a ja nie znam jeszcze migowego). Czułam, że było mu to potrzebne, a i mi nasza pogawędka sprawiała ogromną przyjemność. Później, gdy ujrzałam kolejną parę, która przyszła do kawiarni, każde z nich siedziało zapatrzone w swój telefon, było mi tak  źle i przykro… – bo mieli możliwość chłonięcia drugiej osoby, byli tak blisko, a jednak – tak cholernie daleko, na własne życzenie.

z dziennika: „Ja żyję wtedy, gdy jestem w drodze. Gdy odkrywam nieznane sobie dotąd miasta, błąkam się po łąkach, lasach, górach, po rozdrożach. Gdy tańczę w deszczu i uśmiecham się do obcych. Gdy obcuję ze światem sam na sam. Ale gdy wracam do domu: przywdziewam sukienki, zmywam błoto z policzków i nakładam na nie róż – to wówczas także żyję. I pisząc, żyję. I robiąc zdjęcia. I gdy pracuję. I gdy śmieję się z przyjaciółmi. I gdy płaczę. I leniuchując, żyję. I jedząc burgery w wegańskim bistro. Bo ja mogę być kim zechcę i gdzie zechcę. Tak długo, jak czuję się dobrze we własnej skórze i kocham to, co robię, to jest to właściwe.
To wspaniałe, jak wiele osobowości jednego człowieka może ze sobą harmonijnie współgrać w tym samym ciele i tworzyć tak piękną całość. Nie muszę wybierać, mogę czerpać z każdego aspektu życia po równo i wyciągać z poszczególnych doświadczeń to, co najistotniejsze. „

Wsiadłam w Exeter w autokar do Manchesteru. Z południa na północ. Koniec pierwszego etapu, żegnaj Kornwalio. Witaj – prawie prawie Szkocjo. Czułam żal, że to koniec, ale z drugiej strony – także…dosyt. Jest dobrze, ale wiedziałam, że to, co się wydarzyło już nigdy nie wróci. Wycisnęłam ten tydzień jak cytrynę, do cna. Pozostał przeszłością. Na zawsze zostaną ze mną wspomnienia, obrazy, zapachy i rozmowy odtwarzane miliony razy w głowie.

W Manchesterze, było już po północy, gdy udało mi się dotrzeć do kolejnego hosta – Toma. W domu, który była akurat w trakcie remontu, panował niezły bałagan. Ale to nie przeszkadzało nam usiąść na łóżku z kubkiem gorącej herbaty i gadać do późna.
Facet okazał się być bardzo ciekawą osobą. Prawie-weganin, po części utrzymujący się z muzykowania – największej pasji. Stopem zjechał całą Europę, a od dziesięciu lat czynnie udziela się w couchsurfingowej społeczności, pierwotnie działającej pod nazwą Hospitality Club. Był w Izraelu, Pakistanie, Syrii. Parę razy na Islandii. I na Wyspach Kanaryjskich. Odwiedził chyba każdy zakątek UK. A ze swoim „bzikiem na punkcie wysp i wysepek”, dotarł na prawie każdą należącą do Walii, Szkocji, Anglii i Irlandii. Jest częstym gościem na Isle of Mull, bowiem tam mieszkają jego rodzice.
Sam od czterech lat mieszka  Manchesterze, gdyż jak sam mówi – to miasto muzyki. To miejsce -raj dla pasjonatów każdego jej gatunku. Tutaj powstali The Smiths czy Chemical Brothers.
Tutaj także w latach ’60 wybudowano wysokie wieżowce, które połączone były ze sobą podniebnymi chodnikami (Manchester to też jeden z najważniejszych ośrodków industrialnych w Europie). Niestety – przejścia te były niestrzeżone i życie straciło tam wielu młodych ludzi i dzieci. W końcu nakazano zburzenie budowli, jednak zanim to nastąpiło, w opuszczonych blokach, gdzie nikt już nie pobierał czynsz – bo przebywanie na terenie było surowo wzbronione – zamieszkały setki alternatywnych muzyków i artystów. W komunie powstało mnóstwo klimatycznych knajp i pubów. Działy się rzeczy wielkie.
Wieżowce wyburzono dopiero w latach ’90. Wprowadzono zakaz zamieszkiwania w tej okolicy osobom poniżej 12 roku życia, ze względu na wysoką przestępczość.
Powoli wszystko wracało do „normy” i na dzień dzisiejszy jest to jedna ze spokojniejszych dzielnic miasta.
O tej historii nie przeczyta się w podręcznikach przedmiotowych czy na oficjalnych stronach urzędów – cała ta sytuacja to wstyd dla władzy. Jednak – dzięki ludziom takim jak Tom opowieść wciąż żyje. 

Następnego dnia rano udałam się pociągiem do Lake District. Tu spotkałam człowieka, który całkowicie odmienił moje życie. Ale o tym niedługo.

Do napisania.

Zosia L.S. (kochani, już oficjalnie!)

A jeśli podobała Wam się historia, polubcie moją stronę na Facebook’u, by być na bieżąco i nie bójcie się udostępnić tego posta!

A poprzednie wpisy z Kornwalii znajdziecie tu i tu.

4 Comments Add yours

  1. Bardzo podobają mi się bordowe fragmenty.

    ,,Zosia L.S. (kochani, już oficjalnie!)” Wcześniej nie byłaś Zosią oficjalnie? o.O

    Poleciłam jeden z twoich poprzednich wpisów z podróży we wczorajszych linkach u siebie.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Wczesniej nie byłam oficjalnie L.S. – a teraz już jestem!

      Dzięki za udostępnienie 🙂

      Polubione przez 1 osoba

    2. A bordowe fragmenty są moje ukochane!

      Polubione przez 2 ludzi

  2. podobają mi się Twoje przecudowne przemyślenia! 🙂

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s