– Maturzystko, jakie studia wybrałaś? – „Życie”, nie idę na uniwerek.

Się dzieje się. Coraz więcej, coraz intensywniej. Tempo zabójcze, a ja nie zamierzam zwalniać. Jestem dopiero na początku drogi, na którą wkroczyłam w maju. Wówczas poznałam wspaniałego człowieka, który obudził mnie ze snu bezrefleksyjności i poddawania się konwenansom i temu, co się „powinno” (na przykład skończyć szkołę). A jakby tego było mało – pojechałam do Rumunii, co okazało się być przełomową dla mnie podróżą. Zrozumiałam, że świat w gruncie rzeczy jest mały a każdy cel na wyciągnięcie ręki i, że jeśli czegoś bardzo się chce, to można wszystko. Dlatego już nie gdybam, a działam. Bo – jak to kiedyś ktoś mądry powiedział: „na łożu śmierci nie będziesz mówić, że żałujesz niekupienia większej ilości niepotrzebnych rzeczy, a tego, że nie spełniałeś marzeń i nie dążyłeś do szczęścia”. Amen.

Ja dążę do szczęścia uparcie i wytrwale i…dobrze mi z tym. Niekiedy wybór zdaje się być trudny – obowiązki narzucone przez społeczeństwo czy pasja? Cóż… ja wybieram pasję. To życie jest za krótkie, a świat zbyt wielki, by stać w miejscu i tylko podziwiać innych.

Och, te kuszące perspektywy

Zaczęła się szkoła. Ostatni to dla mnie rok liceum. Panowie z Czerwonych Gitar śpiewali „już za rok matura”. Cóż – w zasadzie to już jedynie pół roku. Trzeba się spiąć, wybrać jak najwięcej przydatnych przedmiotów, po czym zdać je wszystkie jak najlepiej. Złożyć papiery i udać się na wymarzone studia. Wreszcie wolność!
Większość maturzystów myśli w ten sposób. A później? Od października zaczynają „dorosłe życie”. Jest na nie wiele sposobów.

Pierwszy: to praca za 1500 zł na miesiąc, wynajem obskurnego pokoju, życie na zupkach w proszku i studia zaoczne. Chodzenie na te wykłady, które są koniecznością, a omijanie reszty. Po trzech latach licencjat, po kolejnych dwóch (w większości) – magister. Zabawa była? No jakaś tam owszem. Ciężko było? No było. Dyplom jest? A jak!
Co z tego, że tytuł magistra prawa  ma student z Torunia, gdzie na uniwerek przyjmują każdego jak leci i student z prestiżowej uczelni w Warszawie. Oba tytuły są równoważne. Gdzie tu sens? Gdzie tu logika?

Ok – jesteś niezależny. Masz jakieś swoje pieniądze. Ale czy jesteś szczęśliwy, robisz to co kochasz? No nie wiem. Ludzie zapominają, że w życiu chodzi o radość właśnie. Moi rówieśnicy idą na studia, bo nie wiedzą, że istnieją inne opcje. Nie rozmyślają nad tym, co tak naprawdę ich pasjonuje i czym chcieliby się zajmować.

Drugi sposób: na garnuszku u rodziców. Czyli skromny pokój/kawalerka wynajmowane przez starszych. W zamian – masz się uczyć! W tygodniu więc studiowanie (cokolwiek to znaczy), w weekend – balanga; u co po niektórych jakaś tam praca. I znowu: nauka była? Była! Ciężko było? Niekoniecznie! Dyplom jest? Jasne, wiadomka.

Kolejny sposób (pomijam ten oczywisty – przedłożenie edukacji w szkole ponadgimnazjalnej i mieszkanie z rodzicami i studia w rodzinnym mieście): studia dzienne. I praca dorywcza. Na naukę czasu mało, na robotę za śmieszne pieniądze także. Na nic czasu nie ma. Na imprezę też. Ale studia są? Są! Dyplom jest? No ba!

Niejednokrotnie jest tak, że to rodzice wybierają im zawód. Mówią „idź na prawnika, albo medyka – będzie kasa”, a oni są zbyt niedojrzali, by podjąć ryzyko wzięcia za siebie odpowiedzialności. I robią to, co podsunęli inni. Nie mają alternatywy. Często też boją się, bo rodzina wpoiła im, że z pasji się nie utrzymasz, a zawód aktor to żaden zawód.

Niektórzy po drodze zachodzą w ciążę, innym udaje się założyć własny biznes. Ktoś się wybije, ktoś ze znajomościami rozpocznie karierę z kopyta. Ale wyżej wymienione przypadki należą do wyjątków. Oczywiście – są ludzie z powołaniem: młodzi medycy czy dziennikarze – lecz ich naprawdę ze świecą szukać.

Kiedyś studia były ważne. Nie każdy mógł sobie pozwolić na przywilej studiowania. Tytuł mówił o Tobie, że jesteś kimś. A dziś? Magistrów jak mrówków i jeszcze mało kto wie, co robić. Po studiach siedzą w ciasnych klatkach korporacji albo w zadymionych pubach za barem i ciułają na kredyt zaciągnięty jeszcze na uniwerku na laptop kupiony do sporządzania notatek, o których po wyjściu z sali egzaminacyjnej się zapomina.

Większość z lepszym lub gorszym wynikiem ukończy naukę. I znowu – opcji jest parę. Większość zaliczyłabym do grona „mało optymistycznych”.

Niektórych dorosłe, samodzielne życie rozczaruje i wrócą do rodzinnych miejscowości, by pracować gdzie bądź i żyć w dobrze sobie znanym środowisku. Hajtną się z miłością  z podstawówki, dorobią dzieci i będą sobie powolutku żyli do ubogiej w emeryturę starości.
Innym – tej przeważającej mniejszości – się powiedzie i zaczną dobrze zarabiać, bo studiowali tzw. zawody przyszłości.
A większość? Skapcanieją, mając dwadzieścia parę lat, nie będą mogli pochwalić się „wieloletnim doświadczeniem”, więc dobra praca umknie im sprzed nosa. Pozostanie życie na umowach zlecenie, praca w totalnie nie swoim zawodzie (więc po co marnowałeś te pięć lat?), darmowe staże lub robota w knajpie albo tanim barze za okrutnie nędzne pieniądze. O, jest jeszcze możliwość wyjazdu za granicę.

Kuszące wizje, prawda? Aż chce się iść na uniwerek, najlepiej zaliczyć z trzy fakultety – bo to przecież podstawa do zrobienia kariery i prowadzenia godnego życia.
Tak kończy większość współczesnych „magistrów”. Bo absolwentów uczelni wyższych jest, nie ukrywajmy więcej, niż pracy dla nich, bo rynek to nie beczka bez dna.
Kiedyś studia to było wyróżnienie, nobilitacja. Dziś – taki papierek może mieć każdy. I paradoksalnie – to tylko pogorszyło sytuację młodych. 

Mój Wrocław

Plan był taki: skończę liceum. Zdam maturę. Wyjadę za granicę, by podreperować budżet, po czym wrócę i zamieszkam we Wrocku, pracując i studiując. Kierunek miałam już wybrany: „kultura i praktyka tekstu; edytorstwo i twórcze pisanie”; ukochaną pracę wyobrażałam sobie miliony razy; oferty kawalerek lub pokoi do wynajęcia przeglądałam co tydzień, analizując rynek nieruchomości. Wystarczyło tylko zaczekać do maja 2017 i zacząć realizować plan. Wówczas czekała „wolność’ (dziś widzę, że byłaby ewidentnie chybiona).

Przez całe życie nawet przez sekundę nie brałam pod uwagę niepójścia na uniwersytet. No bo jak to tak – bez wyższego wykształcenia? Dorośli zawsze mówili, że dyplom otwiera wiele drzwi, a przecież starszych należy słuchać (dziś już wiem, że to nie dyplom, a determinacja, marzenia i niedawanie się ściągnąć w dół połączone z umiejętnością „sprzedania się” są receptą na sukces). Mówili, że abym osiągnęła to enigmatyczne „coś” i stała się tym wyśnionym „kimś”, muszę ukończyć studia (teraz zastanawiam się, co w ich mniemaniu oznaczają te określenia). Mam mieć co najmniej dwa fakultety! Przecież jestem taka zdolna i ambitna.

Co prawda, nie myślałam o studiowaniu „zawodu przyszłości” powiązanym z nowoczesnymi technologiami czy innym kosmosem i kuchnią molekularną. Brałam pod uwagę raczej kierunki bliskie mojemu sercu.

Taki był plan. A życie ma to do siebie, że lubi plany weryfikować i modyfikować. Albo zupełnie je unicestwić. A gdy z życiem w parze idzie ktoś, kto o drugiej w nocy wychodzi na deszcz, by pospacerować w blasku księżyca albo też o północy wpada na pomysł tripa do Portugalii i następnego ranka kupuje bilety, przy okazji bookując też te do Paryża (bo w sumie czemu by nie?), to nie może być nudno.

Hasłem ubiegłorocznych wakacji było „Mamo, plany się zmieniły”. W tym roku te słowa nabrały mocy prawnej (zaraz po „bo mogę”) i zmianie uległo wszystko. Głównie – moje myślenie.

I w tym miejscu powiem głośno i wyraźnie. Na studia nie idę. 

Jak to się zaczęło?

W gimnazjum i podstawówce jarał mnie wyścig szczurów. Frajdę sprawiało mi bycie najlepszą ze wszystkiego. Moje ego karmiło się ocenami i uznaniem w oczach nauczycieli. Była szkoła, były szóstki, była duma. Lans przed samą sobą.

W liceum sprawa trochę się skomplikowała. Pierwsza klasa to był szał ciał. Wielka integracja z ludźmi i kłopoty zdrowotne. Taki miks oznaczał mniej czasu na naukę. Ale nadal było dobrze. Wciąż na horyzoncie majaczył uniwerek i zero innych opcji.
Druga klasa to powrót do względnej samotności i ogarnięcie pewnych niepoważnych spraw. Pod koniec – poznałam kilkoro bardzo wartościowych ludzi. „Innych” ludzi: dobrych, bezinteresownych. To czas słuchania inspirujących wykładów, oglądania niegłupich filmów i rozmów o życiu. To też rok przemyśleń i rozważań. Ale nadal nie dopuszczałam do siebie myśli, że zmiana, którą pragnęłabym ujrzeć w świecie, musi narodzić się we mnie. Zmiana realiów szarego świata, życie marzeniami, brak gonitwy za pieniędzmi – one nadal zdawały się być poza moim zasięgiem. To były przymioty, za które podziwiało się innych, ale nie żyło się samemu w ten sposób.

A później nastał kwiecień. Sprawy zaczęły toczyć się bardzo szybko. Na moim bujanym fotelu któregoś wieczoru  zasiadł brunet w rozciągniętym swetrze  i wywrócił moje życie do góry nogami. (jeszcze wtedy nie wiedziałam, że to dopiero wierzchołek góry lodowej). W tym samym czasie wybrałam się do kraju Drakuli na stopa.

Przestałam teoretyzować, a zaczęłam działać. 
Zamiast zadawać pytania, wolałam szukać odpowiedzi.
W miejsce bezmyślnego przyjmowania wszystkiego takim, jakim mi się to przedstawia, nauczyłam się samej wyciągać z rozmazanych konturów prawdziwe obrazy i formułować własne wnioski. 

I odkryłam parę prawd… O sobie i o życiu.

I wyszło na to, że pieniądze nie są w życiu najważniejsze. Owszem – są pomocne w realizacji celów, ale nie niezbędne. Nie dla mnie. Toteż nie muszę szukać pracy, która zapewniłaby mi willę z basenem i najnowsze ferrari (a pewnie bym taką znalazła, idąc na prawo lub medycynę, które bez większego wysiłku mogłabym ukończyć z naprawdę wysokimi wynikami).

Przestało liczyć się dla mnie uznanie innych za osiągnięcia w nauce (chyba potrzebowałam go, bo moje poczucie własnej wartości te parę lat temu oscylowało w okolicach zera, a gdy niedawno dostrzegłam, że jestem warta naprawdę sporo – nie muszę już szukać złudnego poklasku). Teraz chcę być doceniona za to, kim jestem i co robię dla pasji, jak myślę i co zmieniam wokoło na lepsze, a nie za jakieś tam noty na zalaminowanych świstkach papieru.
Szkoła naprawdę na niewiele zdaje się w życiu. Nie uczy niczego, co przyda się w praktyce. Nie da jeść i nie pokaże, jak zdobyć pracę w obcym kraju lub jak nie umrzeć z głodu w tundrze. Nauczyciele odbębniają swoją pracę, większości brakuje pasji, a oceny to…tylko cyferki, świadczące o naszym stopniu podporządkowania się systemowi, a nie wyznaczniki inteligencji. Niejednokrotnie dane mi było poznać ludzi, którzy nie ukończywszy żadnej szkoły, okazywali się być mądrzejszymi od pseudo-magistrów.

O, i na karierze mi nie zależy. Nie ten typ, co by w garsonce właził w dupę managerowi dla awansu. Nie chcę żyć, by pracować. Nie chcę wracać do domu i nadal siedzieć z głową w biurze, a z bliskimi rozmawiać jedynie o sytuacji zawodowej. Nie chcę zadawać na randce pytań typu: „ile zarabiasz? kogo znasz? kto z kim sypia?”. Nie podnieca mnie to, choć wiem, że niektórych może bardzo stymulować taka perspektywa.

Nie widzę siebie w ośmiogodzinnej rutynie. W zasadzie w ogóle nie widzę siebie w jakiejkolwiek rutynie dłuższej niż pół roku. Ja potrzebuję silnych bodźców, zmian, wyzwań, nowych ludzi, miłości, sekretów szeptanych nocą, olśniewających miejsc, spotkań o świcie. Ja potrzebuję życia pełną piersią, a tego nie da mi rutyna i egzystencja na pół gwizdka. I już się nie boję.

Dość!

Mam 18 lat, 11 z nich już zmarnowałam. Na wkuwanie wiadomości, które nigdy mi się nie przydadzą. Na naukę regułek, których już teraz nie pamiętam, na testy, które miały dać ocenę, bym mogła odebrać świadectwo, na które nikt nigdy więcej nie spojrzy. Zmarnowałam ostatnie lata na przestarzałe teorie, na podważenie których nikt się nigdy nie zdobył i nawet na to nie wpadł, dyktowane przez przemądrzałych nauczycieli. I na głupkowate gadki rówieśników prowadzące donikąd. Basta! Nie będę marnować pięciu kolejnych wiosen na…powtórkę z rozrywki. Po co? Dla papierka. Którym będę mogła ostatecznie podetrzeć swój tyłek szanownej pani magister.

Studiowałabym „teorię i praktykę tekstu; edytorstwo i twórcze pisanie”. Brzmi pięknie. Naprawdę dla mnie to ideał. Ale…co by mi to dało? Tytuł. I co dalej? Pracodawca i tak poszukiwałby kogoś z doświadczeniem albo większymi piersiami. Albo stażysty. A ja na to nie pójdę. (Z pensji ze stażu nie byłoby mnie nawet stać na silikony….). Mówiąc szczerze, ja nie chcę żadnej pracy na etacie. Nie na stałe. Nie na zawsze. Nie na już. Nie na nudno. Nie na nie-po-mojemu. 
A gdy już będę się starać o robotę, to na rozmowie kwalifikacyjnej ważniejsze będą moje umiejętności i doświadczenie, wpisy w CV z niestandardowych zawodów. No i ta wcale niezła „umiejętność sprzedania się”.

Jeśli chcę pisać, to, zakładając, że mam talent i uznanie sporej grupy ludzi, to mogę pisać bez jakiegokolwiek tytułu magistra. A jeśli będę chciała pójść na studia, to zaliczę je online – zaocznie.

No to co Ty planujesz, Zośka?

Po pierwsze i najważniejsze – zamierzam spełniać marzenia. I nie dać się nikomu ściągnąć w dół. Wiem, że każdy z Was – Dorosłych – „za gówniarza też był idealistą i chciał naprawiać świat, a później twarde życie i brutalna rzeczywistość go ocuciły”. Najwyraźniej coś Wam po drodze nie wyszło. Baliście się i wycofaliście w cień. Daliście się skopać i napluć sobie na głowę tym, którzy mieli w sobie tyle odwagi i determinacji, by sięgnąć po to, czego pragnęli. To o nich teraz mówi świat. I zawsze tak było. Pozwoliliście, by ktoś lub coś zabiło Wasze marzenia i ideały. Nie walczyliście, gdy mordowano dziecko w Was. Daliście się życiu. Jesteście ofiarami. Ofiarami własnych wyborów, podejmowanych z rozsądku, a nie z potrzeby serca. 
To, że Wam się nie udało, nie jest żadną regułą.
To, że Wam w życiu nie wyszło, nie oznacza, że i ja się poddam.

Bo ja jestem uparta i wiem, czego chcę. I nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych. Bo wierzę w swoje marzenia i wierzę w siebie. I nie daję sobą pomiatać i nakazywać, zakazywać i nakłaniać.

Bo ja już teraz zaczęłam żyć, a nie tylko istnieć i dużo gadać. Spełniłam prawie połowę pragnień z Bucket List. Byłam stopem w Rumunii. Sama samiuteńka przez dwa miesiące żyłam w Londynie. Było piekielnie ciężko, lecz dałam radę – miałam bowiem o co walczyć. Zjechałam prawie całą Wielką Brytanię. Sama. Zrozumiałam, że można. Dałam się ponieść, posprzątałam sobie w głowie i zrobiłam w niej miejsce dla ludzi, którzy inspirują i nie ciągną w dół, a wznoszą na wyżyny możliwości. Odkryłam buddyzm dzięki niesamowitemu mężczyźnie, jednemu z najlepszych ludzi, jakich poznałam. To wszystko rozpaliło moją ochotę na więcej. Bo skoro wszystko jest możliwe, to dlaczego miałabym się ograniczać?

Ja się nie boję. Nie mam nic do stracenia i nie  są to puste słowa. Mogę być kim chcę, bo w gruncie rzeczy ja – jako niewielka jednostka w całym wszechświecie – znaczę bardzo niewiele. A tym samym – ogromnie dużo. Bo nic mnie nie ogranicza, skoro nikt nie przejmie się moimi wyborami. Nie muszę wpasowywać się w ramki, które są niewygodne i pozbawiające przyszłości. Nie zamierzam żałować. Bo działam zgodnie z sercem i sumieniem. I nie będę nikogo obwiniać, gdy pójdzie coś nie tak. Bo Boga nie ma i to ja jestem odpowiedzialna za swoje wybory. Nikogo nie oskarżę o podjęcie takich, a nie innych decyzji. Bo to ja je podjęłam. Nie sąsiad, nie Mama, nie dyrektor czy kumpela. To ja jestem panią swojego losu i biorę pełną odpowiedzialność za moje czyny i słowa. I jestem tego w pełni świadoma. 

Pytania dorosłych (dlaczego nikt nigdy nie pyta o to, czy będę zbierała motyle?)

  • Gdzie będę mieszkała?

Nie wiem. Raz tu, raz tam. Od sierpnia 2017 przez rok lub dwa we Francji. Później w Nepalu. Następnie w Tajlandii. I San Francisco na pewno. Parę innych miejsc się znajdzie. Kilka miesięcy w jednym miejscu i będę jechać dalej, bez oglądania się za siebie. Mam nadzieje, że Mama udostępni mi kawałek strychu, bo…

  • Z czego będę żyć?

Na razie z prac dorywczych, które rozwiną mnie twórczo i będą działać stymulująco na samorozwój. Au pair na południu Francji i wielomiesięczne wolontariaty w Azji. I tm pieniądze nie będą mi potrzebne (nocleg zawsze będzie zapewniony, tak jak i jedzenie – a nic więcej nie potrzeba). Poznam wielu inspirujących ludzi z całego świata. Myślę, że do tego czasu będę mogła dorobić sobie pisaniem i blog także zacznie mi w tym pomagać. Czyli będę żyła, mając kasę z tego, co kocham całym sercem i duszą. A za lat sto otworzę wegańską knajpę.

  • A co z emeryturą?

Halo, mając własną knajpę, będę mogła umrzeć za barem, doczekawszy spełnionej i spokojnej starości (rozważam też założenie niezależnego wydawnictwa otwartego na młode talenty, gdzie miejsce dla siebie znajdą ludzie „bez doświadczenia”, za to z ogromnymi umiejętnościami, a którym w tym piekielnym świecie nikt nie da szansy).

Jestem wolnym człowiekiem. Nie zamierzam wpaść w szpony galopującego konsumpcjonizmu i chorego zmanipulowanego systemu.

Ponieważ życie mamy tylko jedno. Tu i teraz. Liczy się doświadczanie, a nie ilość zer na koncie. I ja muszę go doświadczyć. Chcę się rozczarowywać. I zachwycać. Śmiać się. Kochać. Płakać. Ranić. Lizać rany. Ufać. Wybaczać. Szaleć. Spać. Zamartwiać. Rozwiązywać problemy. Spełniać się. Być sobą. Żyć. 

„Życie, z Tobą wszędzie mi po drodze”

Mam pół roku – nie na kucie do matury. Muszę wszystko poukładać. Załatwić formalności (ej, Zofia L.S. to już nie pseudonim – to moje oficjalne i formalne inicjały). Kupić sprzęt. Podszkolić pewne umiejętności. Sprzedać to, co niepotrzebne. I ruszyć w świat. Szukać swego miejsca i go nie znajdywać. Robić zdjęcia. Pisać. Poznawać ludzi. Podziwiać krajobrazy świata. Żyć po swojemu. Ja będę tą jedną na tysiąc, która nie uśmierciła dziecka w sobie i pozostała idealistką-realizatorką.

Na przełomie września i października czeka na mnie zlot autostopowiczów pod Sandomierzem.

W październiku Paryż.

W listopadzie Portugalia.

W styczniu Finlandia.

W lutym – oby ’17 – Tajlandia.

W maju – Santorini i Europa po drodze. (taki jeden facet kiedyś mi obiecał. nie dotrzymał słowa. nie to nie, pierdol się. pojadę sama)

Po drodze Woodstock. Później Skandynawia. I milion innych pomysłów na sekundę.

A Wy będziecie pierwszymi, którzy będą mogli ujrzeć owoc moich szalonych działań.

*  Pamiętajcie, że ja nie rzucam słów na wiatr. Skoro je tu napisałam – przed publiką – to są to pewne plany, a nie mrzonki, bo nie znoszę kompromitacji i ośmieszania się pustym gadaniem. Skoro więc dzielę się dziś ze światem tym wpisem, cholernie dla mnie ważnym, to nie są to puste zdania. To plan. I zamierzam go konsekwentnie realizować, jak dotychczas.

Do napisania,

Zosia L.S.

P.S. Udostępnijcie te słowa dalej! Nigdy nie jest za późno, by się zainspirować i zacząć działać! Walczyć o marzenia i spełniać się. Nigdy nie jest za późno, by chwycić się z życiem za bary i dać sobie drugą szansę. Trzymam kciuki!

Możecie też polubić stronę bloga na Facebooku, by byc na bieżąco.

22 Comments Add yours

  1. Arana Q. pisze:

    Ujmę to tak – masz bardzo przykre podejście do studiów. W całej tej rozpisce nie ma jednego – ani słowa o tym, że studia to nie tylko kilka lat tułania punktów do CV, ale przede wszystkim okazja do poszerzenia wiedzy, nauczenia się czegoś z dziedziny, która nas fascynuje, spotkania ludzi o podobnej pasji, dyskusji ze specjalistami.

    „Szkoła naprawdę na niewiele zdaje się w życiu. Nie uczy niczego, co przyda się w praktyce. Nie da jeść i nie pokaże, jak zdobyć pracę w obcym kraju lub jak nie umrzeć z głodu w tundrze.” – Cóż, języków obcych się uczy w szkole, to pomaga znaleźć pracę w obcym kraju. Daje też jeść – tym, którzy po tej szkole pracują w zawodzie. A umiejętność znajdywania jedzenia w tundrze jakoś nigdy mi się nie przydała.

    To dobrze, że spełniasz marzenia, z całego tekstu jakaś niechęć do absolutnie wszystkich, którzy chcą robić coś innego, niż Ty. Studia? Tylko dla papierka, nic nie przydatne umiejętności, i tak po tym nie będzie pracy. Kariera? Oczywiście, lizanie tyłka menadżerowi i gadanie tylko o pracy – jeszcze w sumie prostytucji za awans brakuje. Albo odwrotnie, wieczna śmieciówka i 1500zł brutto. Piszesz, że to w innych „zabito marzenia”, a sama o absolutnie wszystkim, prócz swojego sposobu na życie wypowiadasz się w tonie właśnie takie wypalonego życiem, cynicznego gościa z kryzysem wieku średniego, dla którego to studenty to tylko imprezują, a przerwie pomiędzy robieniem papierka nie wiadomo po co (bo przecież pasja do danego kierunku nie istnieje), osoby robiące karierę w danej dziedzinie nie mają w ogóle życia osobistego, a tak w ogóle kariera to zło, panie Staszku, trzeba wszystkim smarować wazeliną i wszędzie wpychać się po znajomości, i nawet na randce trzeba się wpierdalać, kto komu dobrze robi. Dodać do tego zestawu „wszyscy kradną” i naprawdę, po tym wywodzie dałabym Ci 56 lat i co najmniej 30 z nich narastającej frustracji związanej z życiem.

    Polubione przez 2 ludzi

    1. Stanę sobie w swojej obronie, pozwól, proszę.
      Wiem, że są ludzie, którzy idą na studia z pasji i będzie im to sprzyjało ogromną przyjemność. Wiem też, że jest to naprawdę mała część Młodych. Bo znam niemałą ilośc moich rówieśników i ludzi parę lat starszych. Niektorzy idą na studia, bo tego chcą (zresztą pisałam o tym w tekście!), ale to garstka. Reszta idzie tam, a powodami ku temu są te wymienione w tekście.
      Że gardzę podejściem innym niż moje i pałam niechęcią do ludzi, którzy wybrali inną drogę? No coś Ty. Po prostu widzę, jakie są realia i nie ukrywajmy – mało kto w tym kraju znalazłby się po przeciwnej stronie barykady niż ta, którą przedstwilam.
      A ten cynizm i taka a nie inna forma tekstu… Cóż, pisałam z głębi serca i od siebie – trudno by było zawrzeć tu w takim razie emocje innych, a nie swoje. To moje zdanie. A że ktoś ma inne – będę wdzięczna, gdy się nim podzieli.
      Nie mogłabym pisać w zachwycie o tłustych sernikach, skoro wolę ciasta typu biszkopt.
      A że studia przedstawiłam w taki a nie inny sposób – tak działa system i dla mnie ten opis jest prawdziwy. Dziwnym byłoby w swoim wpisie ukazującym swój punkt widzenia pisać opinie innych, prawda? (Pomijając fakt, że miałby wówczas trzy razy więcej stron)
      Bo to nie ludzie są „niedobrzy”, a niewiedza i bezrefleksyjność.

      Polubione przez 2 ludzi

      1. Arana Q. pisze:

        Zabawne, ja mieszkałam w akademiku i jedyni ludzie, którzy poszli na studia dla papierka, to ci… których wysłał na nie szef, aby dorobili się tego mitycznego wykształcenia wyższego. Owszem, sporo ludzi szło, bo nie wiedzieli jeszcze, co innego chcą robić w życiu, ale w tych czasach w wieku lat 18 tak naprawdę mało kto wie. Na pierwszym roku byłam w składzie w pokoju kolejno z dziewczyną z muzykologii, która komponowała własne utwory, dziewczyną z edytorstwa, która już pracowała w wydawnictwie mangowym, bo taka była jej pasja, dziewczyną pasjonującą się historią sztuki… A to przecież były losowe osoby, z którymi mnie dosztukowano w akademiku.
        Okej, dobra, znasz swoich rówieśników, a ilu tzw. karierowiczów, o których w tekście wypowiadasz się, że nie mają życia osobistego i nawet na randkach dopytują się, komu wejść w dupę i kto ile zarabia? Bo ja znam sporo, od pracowników korpo, czy freelancerów po właścicieli dużych firm i jakoś udało im się awansować i ogólnie „dorobić” bez rezygnacji z hobby czy życia osobistego. Takie rzeczy to może w Japonii z ichniejszą kulturą pracy, albo właśnie gdy pracujesz po 12h na śmieciówce.
        Nie przeszkadza mi cynizm, sensowna doza cynizmu jest pożądana, razi mnie to, że wyraźnie uważasz się za właśnie taką, której nie dopadło „dorosłe życie”, która podąża za dziecięcymi marzeniami, jednocześnie kreując obraz świata właśnie takiego wypalonego cynika, który uważa, że kariery nie da się zrobić bez lizania dupy szefowi i wyrzeczenia się wszystkiego innego, a tak w ogóle to jest źle i po co nawet próbować. Przepraszam, ale to trochę śmieszne, gdy najpierw opisujesz sposób życia innych (np. robienie kariery) w najbardziej taki cyniczny i negatywny sposób, a potem dziwisz się „dlaczego nikt nigdy nie pyta o to, czy będę zbierała motyle?”. A weźmy odwróćmy sytuację i pomyślmy o analogicznym wpisie jakiegoś korpoguya, który swój sposób na życie podsumowuje jako fajny i rozwijający, a Twój jako brud, smród i ubóstwo, dorzucając do tego jakiś kawałek o molestowaniu na bezdrożach Tajlandii. Sorka, ale podchodzenie z maksymalnym cynizmem do wszystkiego, prócz tego, co ty chcesz robić to po prostu hipokryzja.

        Polubione przez 2 ludzi

      2. Arana Q. pisze:

        A i jeszcze dodam: „A że studia przedstawiłam w taki a nie inny sposób – tak działa system i dla mnie ten opis jest prawdziwy.” „Po prostu widzę, jakie są realia i nie ukrywajmy” Tylko że z jakiegoś powodu widzisz te realia (mocno nacechowane negatywnie) tylko w sytuacjach, gdy TY nie chcesz czegoś robić. Jak kariera, to brak życia osobistego i wszystko co najgorsze, ale jak TY otworzysz wegańską knajpę, to idealistycznie sobie weźmiesz, otworzysz i będziesz miała kasę na emeryturę. Tutaj jakoś nie widzisz realiów, że albo dostaniesz gigantyczny spadek, albo najwyżej będziesz mogła się w takiej knajpie zatrudnić, bo takie przedsięwzięcie wymaga pieniędzy. Mnóstwa pieniędzy, które nie wiadomo, czy się zwrócą – jeśli nie, zostaniesz z olbrzymimi długami i upadłą firmą. Albo uda ci się, ale w dziesiątym roku działalności skosi cię przedsiębiorstwo z USA, które jest w stanie zaproponować to samo co ty, tylko dwa razy taniej. Albo bedziesz harować bardziej niż ci wszyscy karierowicze, zmuszona aby być dostępna 24/7.

        Polubione przez 2 ludzi

      3. Ale gdzie ja napisałam, że nie da się zrobić kariery bez lizania dupy szefowi? To zupełnie nie tak! Arana, ja naprawdę uważam, że na studiach są także ludzie z pasją i chęcią do działania. Zarzucasz mi tyle rzeczy, że aż nie wiem, na co odpisać…
        Nigdy nie nazwałabym się jednak hipokrytką. I nie nazwałabym się cynikiem. Chyba się nie zrozumiałyśmy. Nie wiem, czy czytałaś inne moje wpisy, ale myślę, że powinnaś zauważyć, że taki a nie inny mam styl. I tak a nie inaczej przedstawiam swoje racje.
        A co do mojej knajpy – nie potrzebny jest spadek, gdy umie i chce się ciężko pracować. I będę gotowa siedzieć tam 24/7 jeśli zajdzie taka potrzeba – jeśli będę to kochać.
        Pozdrawiam,
        Z.

        Polubione przez 1 osoba

  2. Przewspaniały tekst. Dobrze robisz, nie wątp w tą drogę, ja wybrałam studia i po 8 latach pracy w szkole mam 2300 zł z czego 1000 zł wydaję na wynajem kawalerki, co prawda w dobrym standardzie ale jednak po opłaceniu pozostałych wydatków zostaje wiecznie zaciągnięty debet…nie idz moją drogą !!! Pozdrawiam serdecznie

    Polubione przez 1 osoba

    1. Nie pójdę nią, nie moja bajka. Przeraża mnie nawet pożyczenie dwóch złotych na bilet, a co dopiero bycie uzależnionym od banku, od którego zależy (na nasze własne życzenie) jak potoczy się nasze życie.
      Mogłabym pracować za 2300 miesięcznie, gdybym widziała w tym jakis cel i czuła radość. Ale robić to, bo…”muszę”? Nie dziękuję, wypiszcie mnie z listy.
      Nie zawiodę. A Ty się nie poddawaj!

      Polubione przez 3 ludzi

      1. hreindyr pisze:

        Ekhm… przy obecnych realiach polskiego rynku pracy, słowo „nawet” pasuje do kwoty 2300, tylko jeżeli mówimy o kwocie brutto. Piszesz „Toteż nie muszę szukać pracy, która zapewniłaby mi willę z basenem i najnowsze ferrari (a pewnie bym taką znalazła, idąc na prawo lub medycynę, które bez większego wysiłku mogłabym ukończyć z naprawdę wysokimi wynikami).”. Sęk w tym, że nie mając znajomości (a w przypadku prawa również finansów na aplikację), to po każdym z tych kierunków możesz zarabiać maks. 3000 na rękę.

        Poza tym fajnie gdy praca sprawia radość i widzi się w niej cel, ale z drugiej strony czasem nie warto mieszać hobby z życiem zawodowym. Bo można uznać w gorzej płatnej pracy, tylko dlatego że sprawia nam frajdę, zamiast odpuścić i zamienić dobrą zabawę na lepszą pensję.

        Polubione przez 1 osoba

  3. KaWu pisze:

    Zakochałam się w tym tekście…totalnie się z nim utożsamiam. Jednak nie oszalałam myśląc bardzo podobnie, dziękuję i czekam na kolejne słowa, powodzenia ❤

    Polubione przez 1 osoba

    1. Myślałaś, że oszalałaś, bo masz inne zdanie od większości? No coś Ty, to tak nie działa – gdyby tak było, ja już dawno musiałabym siedzieć zamknięta w Tworkach 😉

      Polubione przez 1 osoba

  4. Asuda pisze:

    Oby tak dalej!

    Polubione przez 1 osoba

  5. nomad pisze:

    Mocne…a więc zaczęłaś swoją drogę ze wszystkimi jej przyjemnościami i konsekwencjami, których masz świadomość… Niech Cię dobre anioły prowadzą…

    Polubione przez 1 osoba

    1. Żadne anioły nie są mi potrzebne, dopóki sama za siebie biorę odpowiedzialność. Ale na pewno przyda się odrobina farta. Bo to nie będzie niekiedy łatwa droga. Ale na pewno warta każdej ceny.

      Polubione przez 1 osoba

  6. hreindyr pisze:

    Wybacz, ale niezbyt spodobał mi się ten fragment:

    „Wiem, że każdy z Was – Dorosłych – “za gówniarza też był idealistą i chciał naprawiać świat, a później twarde życie i brutalna rzeczywistość go ocuciły”. Najwyraźniej coś Wam po drodze nie wyszło. Baliście się i wycofaliście w cień. Daliście się skopać i napluć sobie na głowę tym, którzy mieli w sobie tyle odwagi i determinacji, by sięgnąć po to, czego pragnęli. To o nich teraz mówi świat. I zawsze tak było. Pozwoliliście, by ktoś lub coś zabiło Wasze marzenia i ideały. Nie walczyliście, gdy mordowano dziecko w Was. Daliście się życiu. Jesteście ofiarami. Ofiarami własnych wyborów, podejmowanych z rozsądku, a nie z potrzeby serca.
    To, że Wam się nie udało, nie jest żadną regułą.
    To, że Wam w życiu nie wyszło, nie oznacza, że i ja się poddam.”

    Fajnie, że masz swoje plany i marzenia. Fajnie, że do nich dążysz, ale czemu po trupach? Nie wiem co Ci daje prawo by mieszać z błotem tych którym nie wyszło? Znam kilka osoby, które w ciągu dziesięciu lat od matury radykalnie zmieniły swój pomysł na życie (i sam również się do nich zaliczam). Mniejsza o szczegóły, ale świat nie jest taki czarnobiały jak w powyższym akapicie.

    – Może okazać się, że chęć nauczania to za mało – trzeba mieć jeszcze pensję. Nie minimum, ale taką która pozwoli na zakup jedzenia i opłacenie mieszkania, a w dodatku musi być płacona na czas.
    – Można być zdolnym herpetologiem czy zapalonym filozofem, ale niestety na uczelni nie ma pracy dla takiej osoby.
    – Można być zapalonym prawnikiem, ale z powodu braku znajomości nie wybić się poza pozcyję protokolanta.
    – Można marzyć o psychologii, ale nie przebić się przez 20 kandydatów na jedno miejsce.
    – Można wreszcie zwyczajnie nie chcieć emigrować, ale po dwóch latach bezskutecznego szukania dobrej (czyt. pozwalającej utrzymać żonę i dziecko) pracy, wyjechać do Anglii.
    Przykłady mógłbym mnożyć, ale myślę, że to wystarczy. Może jestem naiwny, ale nie mam sumienia by każdą z tych osób oskarzyć o to, że dały się skopać itd. Zresztą nawet jeśli, to zarzuty należy postawić kopiącemu, a nie ofierze.

    Jak na ironię mam również przykład kogoś kto dopiął swego i spełnił swe młodzieńcze marzenie. Aktualnie jest oficerem Wojska Polskiego, który albo sam strzela do „wrogów”, albo uczy innych jak skutecznie zabijać. Cóż, przynajmniej nie dał sobie „napluć na głowę”.

    Co zaś się tyczy mojego skromnego doświadczenia, to odkąd pracuję w tym demonizowanym korpo, to wreszcie mogę spełniać swoje marzenia o podróżowaniu. I nie żałuję tego wyboru, mimo tego, że poprzednią pracę traktowałem jako hobby, a obecna to głównie źrodło zarobku.

    Polubione przez 2 ludzi

    1. Wiesz, ja wcale nie kopię tych ludzi. Mi…jest ich po ludzku żal. Bo się dali, w pewnym momencie spuścili ramiona i pogodzili się z rzeczywistością. Możesz nazwać mnie idealistką, ale ja nie uznaję opcji poddania się. Bo gdy na czymś Ci cholernie zależy, to dążysz do tego za wszelką cenę. Oczywiście, że nie jest łatwo. Jasne, często trzeba lizać rany celnie zadane. Ale ja w takich momentach otrzepuję kolana i wstaję, a nie wczołguję się w najciemniejszy kąt.

      Mam to do siebie, że niejednokrotnie pragnę pomóc innym, dać im radę – ale nie umiem się cackać i zawsze wyrażam swoje opinie dość dobitnie i ostro – być może dlatego w taki a nie inny sposób odebrałeś moje słowa (notabene, dla mnie to jeden z lepszych fragmentów tego tekstu). Bo ja nie chciałam nikogo zranić, lecz pokazać, że gdzieś popełniło się błąd i może wcale nie jest za późno, by go naprawić?

      Oczywiście, nie znam wszystkich ludzi chodzących na świecie, ale ci Dorośli, którymi się otaczam, w większości mówią to samo: „to nie takie życie sobie wymarzyłem, miało być inaczej”.

      Mam wrażenie, że dla Ciebie bardziej liczy się pieniądz, niż pasja. W obu komentarzach piszesz o zarobku, ma być „lepsza pensja, a nie dobra zabawa” – cóż, szanuję Twoje zdanie, jednak się z nim nie zgadzam.

      Polubione przez 1 osoba

      1. hreindyr pisze:

        Co do ww. fragmentu, Ty go traktujesz jako wyraz żalu, ja w dalszym ciągu jako kopanie tych którym się nie udało. I na tym chyba poprzestaniemy, bo może być ciężko przekonać się nawzajem do zmiany zdania.

        Jeśli zaś chodzi o Twoje wrażenia na mój temat, to jest ono słuszne. Zanim jednak mnie za to skrytykujesz, pozwól że wyjaśnię co za tym podejściem stoi.
        Kończąc studia chciałem pójść do szkoły i uczyć. Po roku okazało się, że zwyczajnie nie da się wyżyć z pensji nauczyciela. Nadgodziny + korepetycje + prowadzenie kursu językowego sprawiało, że pieniędzy było w sam raz na skromne życie, bez możliwości jakichkolwiek oszczędności. W szkole językowej było nieco lepiej, ale przestało być gdy przestałem dostawać pensję na czas, a do tego okazało się, że na nic poza umową o dzieło nie mam co liczyć.
        Kolejną pracą było bycie konduktorem w PKP. I to właśnie ta robota sprawiała mi tak dużo frajdy. Co z tego gdy firma, do spółki ze związkami zawodowymi, sprawiła, że przez dwa lata nie mieliśmy podwyżki. Po dwóch latach dano nam do wyboru: odejście w ramach odprawy lub praca za jeszcze mniejszą pensję. I w tym momencie powiedziałem „DOŚĆ!”. Bo wprawdzie bardzo lubiłem to zajęcie, ale nie tak by poświęcić mu swoje życie.

        I tak oto trafiłem do korpo. Praca jest przyjemna, choć nie tak pasjonująca jak kolej. Z drugiej strony pozwala na normalne życie i gromadzenie oszczędności. W efekcie mogłem kupić sobie motocykl i zwiedzić dużą część Europy. Czyli zrobić coś na co w okresie kolejowym nie miałbym szans, z uwagi na zbyt niskie zarobki. Z tego samego powodu byłem w stanie opłacić sobie kurs językowy i porządnie nauczyć się rosyjskiego.

        I tyle w temacie. Wcześniej była praca połączona z pasją, a teraz jest przyjemne zajęcie, zaś pasje realizuję po godzinach.

        Polubione przez 2 ludzi

      2. Nie zamierzałabym Cię skrytykować – uważam, że każdy żyje, jak uważa za stosowne i to są jego indywidualne decyzje, za które przed samym sobą bierze odpowiedzialność. Jeśli taka praca i ten sposób życia Cię satysfakcjonuje – super! Najważniejsze, że to Ty jesteś zadowolony 🙂 A już w ogóle jeśli dzięki temu realizujesz siebie i spełniasz pasje – to nic dodać nic ująć!

        Polubione przez 1 osoba

  7. Najpierw po przeczytaniu miałam podobne wrażenia do Arany Q., ja wiem, że istnieją ludzie studiujący bo wszyscy to robią, ale nie uogólniajmy tak bardzo. Po szybkim przeglądzie swoich tekstów i tak złapałam się na tym, że też mogłam kogoś urazić, tak jak ja poczułam się urażona, bo idę na studia.

    Jak będziesz próbować pisać do gazety albo pisać książkę napisz tekst bardziej wyważony, bo takiego nie wydrukują. A na blogu… blogi są od niewyważonych opinii.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Moim celem nie było nikogo urazić. Czytając komentarze, dochodzę do wniosku, że wiele osób poczuło się urażone – ja bym tego tak nie odebrała.
      Ale nie będę nikogo przepraszać, bo gdybym miała ten wpis napisać raz jeszcze, to wyglądałby on zupełnie tak samo.

      A Twoje ostatnie dwa zdania są genialne, w punkt!

      Polubione przez 1 osoba

  8. Forest Brownie pisze:

    Dzień dobry wszystkim czytelnikom tego, jakże kontrowersyjnego acz arcy szczerego bloga. Witam także wszystkich, którzy skomentowali powyższy post a także Ciebie Młoda Autorko. Po pierwsze i najważniejsze, faktycznie – „blogi są od niewyważonych opinii „. Blogi są od wolnych opinii, skrajnych, niewygodnych itd i tp. Więc każdy ma prawo pisać tak jak myśli i tak jak czuje. Po drugie, czytam wszystko bardzo wnikliwie i jeszcze nigdy nie zauważyłam by ta dziewczyna kogokolwiek atakowała, no, może poza systemem,w ogólnym i szerokim tego słowa znaczeniu, który krytykujemy wszyscy. Po trzecie, ja nie mam jak Ona lat osiemnastu a jestem duuuużo starsza i z pewnością mam o wiele więcej życiowych doświadczeń za sobą, co wcale nie oznacza, że jestem od Niej mądrzejsza. Ten młody człowiek, który napisał tego posta to wolny człowiek, człowiek myślący i mam nadzieję silny. I tu do Ciebie Zosiu – NIE DAJ SIĘ ŚCIĄGNĄĆ W DÓŁ ! Nigdy i nikomu. Jesteś odważna, mądra i masz przed sobą całe życie lecz w okół ludzi, którzy nigdy nie przyznają się do swoich błędów, ludzi, którzy nie przyznają się do swoich porażek i nigdy nie wyjawią swoich wewnętrznych demonów. Masz w okół siebie ludzi, którzy za każdym razem i przy każdej możliwej okazji będą Cię ściągać w dół, podkładać Ci nogi i mieszać z błotem, nie daj się im. Każdy jest kowalem swojego losu a Ty bądź kowalem, który wykuje dla siebie dobre, niezależne i pełne przygód życie. Trzeba mieć nie lada odwagę by wbrew wszystkim i wbrew wszystkiemu stawiać kroki, które Ty stawiasz jednocześnie mówiąc o tym głośno, rób tak dalej, bo choć tysiąc osób Cię skrytykuje, jedna a może dziesięć przemyśli swoje życie i zainspiruje się Twoim czystym i nieskażonym umysłem. Ja jestem po studiach i mam tak zwane ogony lecz przede wszystkim brak mi odwagi i dzięki Tobie umiem się do tego przyznać. My mieliśmy jako młodzi ludzie dużo mniejsze możliwości a świat był zamkniętym tworem ale mieliśmy marzenia….I prawda jest taka, że na marzeniach, w większości przypadków, się skończyło. Dziś większość z nas (tak masz rację) żyje w mniej lub bardziej bezpiecznych schematach, mówiąc prosto – praca, dom, praca, dom, praca, dom….
    Czy komuś z nas to odpowiada ? Nie sądzę, bo gdyby tak było to bylibyśmy szczęśliwi a nie jesteśmy i stąd te krytykujące Cię komentarze. Bo mało kogo stać na to by powiedzieć osiemnastoletniemu człowiekowi: – cholera masz rację !
    A ja Ci to powiem, na forum – masz rację Zosiu, życie może być przygodą, życie nie musi być schematem, życie po prostu może być piękne, bo wszystko jest w zasięgu Twojej ręki i uwierz, wystarczy sięgnąć. Nie przejmuj się tym co piszą inni, oni tu nie są prawdziwi i nigdy nie będą a Ty bądź prawdziwa i bądź sobą a zajdziesz tam gdzie my wszyscy, lata temu zajść chcieliśmy ale zabrakło nam odwagi i determinacji. Ludzie są jedną wielką galaretą i próbują i zawsze będą próbowali zdeptać tych, którzy w jakikolwiek sposób się wyróżniają. Wyróżniaj się i spełniaj swoje marzenia, bo świat jest wart Ciebie a Ty świata i pamiętaj, człowiek, który nie spełnił swoich marzeń nigdy nie będzie szczęśliwy.
    Uszy do góry i miej siłę odeprzeć ataki.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s