„W podróży nie liczy się cel, a droga do niego. I ludzie. I bezinteresowna dobroć.” – Kornwalia na stopa

Cześć i czołem! Może piszę za długie teksty. Może za dużo tu szczegółowych opisów. Może jest zbyt nudno i trzeźwo… 😉 Ale to jestem ja. Robię to, co kocham i sprawia mi to ogromną radochę. Owszem, nie działam zgodnie z zaleceniami speców od marketingu, ale jakiś czas temu nauczyłam się, że najpierw liczy się to, czy nasze działania wypływają głęboko z serducha. A dopiero później warto pomyśleć o jakiejś promocji.
Tak, bardzo chciałabym, by pewnego dnia pasja przerodziła się w pracę (szalenie bardzo mocno!). Tymczasem jednak zakasam rękawy i uderzam w klawisze w rytm melodii Starego Dobrego Małżeństwa.

Na czym skończyliśmy ostatnim razem? Ach tak, w poprzednim wpisie  dziaraliśmy się u Jo i zakochiwaliśmy się w lazurowej wodzie w Polperro.

Dziś postaram się dotrzeć do ostatniej nocy przed wyruszeniem na Północ, spędzonej w parku narodowym Dartmoor. W wąwozie wśród wrzosów i mgieł.

Kornwalia – Land’s End, Lizard Point, St.Ives

Po samotnie spędzonej nocy, obudziłam się w moim pałacu wyspana i uśmiechnięta. Przeciągnęłam się mocno, aż strzeliły kości i usiadłam. Zjadłam w spokoju śniadanie i wciąż nieco zaspana usadowiłam się wygodnie, wypatrując piratów na błękitnym horyzoncie.

z dziennika: „Po raz pierwszy naprawdę czułam, że to ja jestem panią swojego losu. Chcę iść, to  idę; zmęczę się – staję. Budzę się, o której godzinie chcę. Z nikim nie muszę się użerać ani na nikogo czekać. Mogę przez godzinę parzyć sobie palce aluminiowym kubkiem, wgapiając się w świeżo zrobiony tatuaż i nikt nie będzie miał mi tego za złe. To ja decyduję, skąd będę łapała stopa i czy w ogóle to zrobię, bo może jednak wolałabym iść na piechotę lub kupić bilet na autobus?”

Tę noc spędziłam obok pola golfowego pod St.Austell i gdy o ósmej rano wyszłam na drogę, byłam pewna, że sporo ludzi będzie jeździło tędy do pracy. Jakże się myliłam! Minęłam już szkółkę paintball’u, klub krykieta, a tymczasem zaczęło padać (plecak szybko owinęłam w jego przeciwdeszczowe wdzianko, mądra po ulewie, która mnie dopadła w Bukareszcie). Na jezdni nagle znikąd pojawiło się parę aut, a ja, aby uniknąć zderzenia, tak się cofnęłam, że prawie wpadłam do rowu. Wreszcie zatrzymał się czekoladowo-złoty land rover. Podwiózł tylko parę kilometrów – na stację benzynową – ale samo to było bardzo pomocne. W końcu w stopowaniu chodzi o to, by poruszać się do przodu i szukać najlepszych dróg – a wylotówka na bank do takich należy.

Wszystkie mieściny w Kornwalii są niewielkie. Wszędzie widać białe lub kamienne domki i zadbane ogródki. Klimat jest tu łagodny, a ludzie nigdzie się nie spieszą. Pod tym względem podobni są nieco do Południowców – Hiszpanów i Włochów. Nikogo nie dziwi też wyłaniająca się od czasu do czasu zza żywopłotów palma.

Klimat panuje świetny, jednak, gdy zaczęła mi lecieć druga godzina czekania na stacji, nieco byłam poirytowana. Aut mnóstwo, główna droga do Truro – stolicy regionu, a ja nadal czekałam jak na zbawienie! W tym samym momencie przyszło opamiętanie: przecież nigdzie mi się nie spieszy i nie mam ograniczeń. Toteż uśmiechnęłam się sama do siebie i zaczęłam liczyć: „jeden bez świateł, trzy z włączonymi, dwa z, pięć bez, o! jednak nie, co za głupia baba – wyłącz kierunkowskaz, a nie dajesz nadzieję…, cztery z, osiem bez…”
Minął jakiś czas, plecak dzielnie podpierał latarnię. Na stacji wciąż pojawiał się ktoś nowy. Słychać klakson, gdzieś zaszczekał kundel. Znowu trąbienie! To na mnie! Obejrzałam się i nie mogłam wyjść ze zdumienia! To ta babka, na której wieszałam psy. Otworzyła bagażnik (kolejnego) land rovera, ja wrzuciłam swój dobytek i odjechałyśmy. Podczas drogi do Truro kobieta zachwalała swój region ojczysty, pytała co słychać w stolicy. Było mi głupio, bo tak na nią gadałam, a ona okazała się być przesympatyczna!

W Truro nie czekałam pięciu minut. Zatrzymał się malutki samochodzik, w stylu punto albo cinquecento. Do środka zaprosił mnie na oko trzydziestoletni blondyn, którego zarost wskazywał na to, że zapomniał ogolić się tego ranka. Za kierownicą siedział jego kolega – tatuaże, broda, brunet, pierścionek na kciuku (toż to Mój-ci-on, gdyby nie to, że od paru miesięcy faceci nie robią na mnie wrażenia; ale obrazek w lusterku miałam ładny). Oboje pochodzili z RPA i byli w trakcie szukania miejsca do mieszkania dla brodacza, który przyleciał do UK tydzień wcześniej. W tym celu codziennie jeździli po Kornwalii, odkrywając coraz to nowe zakątki. Oboje byli w niej zakochani. Ciekawy sposób na układanie sobie życia, prawda? Lubię to!

Panowie zawieźli mnie do Falmouth i pech chciał, że wysadzili w centrum (autostopowiczu, ratuj się kto może!). Blondyn wytłumaczył, jak dojść na obrzeża, lecz gdy podeszłam do kobiety na przystanku, ta wskazała mi zupełnie inną trasę! Byłam totalnie zagubiona. W akcie ostatecznej desperacji, podeszłam do starszego małżeństwa, ale nie robiłam sobie nadziei na to, że znają okolicę, bo wyglądali raczej na turystów. Jakże się myliłam! Nie dość, że byli to mieszkańcy pobliskiego Helston, to jeszcze sami zaproponowali mi podwózkę. Oboje pochodzili ze Szkocji, lecz po podróży poślubnej postanowili się tu osiedlić, zauroczeni Południem. Od razu powiem, że zamiast umówionych 10 kilometrów, podrzucili 30 – aż do samego Lizard! To tutaj znajduje się najbardziej na południe wysunięty kraniec wyspy – Lizard Point.

Wioseczka naprawdę wygląda, jakby to tutaj kończył się świat. Parę domów na krzyż, jakiś sklepik, dwie knajpki. Do jednej z nich udałam się, by zjeść Cornish Pasty – słynny kornwalijski pieróg z półkruchego ciasta nadziewany mięsem, serem lub warzywami. Mój wegański mógł ważyć z pół kilo (nie przesadzam!). A gdy zapytałam właścicielki, gdzie mogłabym wziąć prysznic na tym pustkowiu, ona wskazała na swoją łazienkę! Byłam w siódmym niebie. Szybko się przeprałam, doprowadziłam do porządku (mówcie, co chcecie, ale ja lubię mieć pachnące i lśniące włosy na przykład). Podziękowałam gorąco i ruszyłam w dalszą drogę.

Gdy cała wieś była za moimi plecami, a po prawej stronie rozciągały się pastwiska pełne owiec, wreszcie czułam się w pełni wolna. To było miejsce odludne. Ciche, spokojne i bez masy wczasowiczów. Ścieżka wiodła wzdłuż drewnianego płotu, a na niżej położonej wąskiej drodze – samochód większy od smarta musiał uważać, by nie stracić lusterek.
Turyści pojawili się dopiero na cyplu. Jak wszystkie miejsca z „naj” w nazwie to także okazało się pełne ludzi. Szybko jednak ich wyminęłam i zeszłam na klify – do punktu widokowego. I było cudnie. Gdy zmrużyłam odpowiednio oczy, odgradzając się od tłumu turystów, ujrzałam tylko błękitno-zieloną czystą wodę, z której wynurzały się wielkie głazy. Przypominały okruchy ciasta, które jadł olbrzym, maczające je w morzu, a później zapomniał. 

Wieczorem, po parogodzinnej wędrówce klifami – po lewej otwarte morze, odbijające się od skalistego wybrzeża; po prawej bezkresne pastwiska – postanowiłam rozbić namiot. Znalazłam miejsce z dala od ścieżki, gdzie nikt raczej by mnie nie dostrzegł. Wczołgałam się do środka, a gdy wyszłam z „sypialni” z jedzeniem do przygotowania, prawie upuściłam kuchenkę gazową z wrażenia. Mój namiot wianuszkiem otaczało niemałe stado brązowych włochatych krów! Jedna podeszła bliżej, inna zamuczała głośno, jeszcze inna zaczęła dobierać się do świeżo zaparzonej herbaty. Wystraszyłam się, bo mimo że one są roślinożerne, a ja weganka (więc nie mam na sumieniu ich babć czy pradziadków) to jednak kto wie, czy nie zamierzały przekąsić mojego zielonego namiotu czy oliwkowego plecaka? Jednak po krótkiej przemowie: „dziewczyny, ja nie jem mięsa, nie piję mleka i nie znoszę serów – przychodzę z pokojowymi zamiarami i nie przerobię Was na masło” moje towarzyszki rozeszły się do swoich zajęć, czyli żucia trawy i odganiania much. Chyba zrozumiały, że intruz wpadł do ich jadalni tylko na jedną noc i krzywdy nie zrobi.

Padało całą noc. Było lodowato. Miałam na sobie bieliznę termoaktywną i dwa polary i mimo to rano obudziłam się zmarznięta i niekoniecznie wyspana. Na szczęście krótko po świcie wiatr rozgonił chmury, a ja mogłam wysuszyć namiot.

z dziennika: „Gdy jadłam śniadanie, coś do mnie dotarło. Nie ma znaczenia, co zobaczę i ile kilometrów pokonam – w tej podróży nie chodzi o to, by pędzić od atrakcji do atrakcji. Nie. Wreszcie mogę odkryć, kim jestem. Poznać Zosię z bliska. To jest podróż wgłąb siebie. Usłyszałam dziś, że widać, iż coś się we mnie zmienia. Na lepsze. I że dorosłam. Takie słowa w ustach babci – to komplement.”

Po 10 wyruszyłam. Kilka kilometrów szłam mało uczęszczaną drogą w kierunku Halston. W końcu zatrzymał się pan, który widział mnie wczoraj u Ann, gdzie jadłam Cornish Pasty. Pogadaliśmy o brexicie i o łagodnym śródziemnomorskim klimacie tej części (nie)Anglii. Podrzucił na wylotówkę z Halston, skąd od razu zabrał mnie zarośnięty starszy pan w pajero. Jechał do Penzace – duży kurort wypoczynkowy – ale specjalnie zjechał nieco z drogi, by podrzucić mnie do Saint Michael Mount. To było piękne przedpołudnie – błekitne niebo, żadnej chmurki, lazurowa woda morza. Fale delikatnie uderzały o brzeg, lśniąc w złotym słońcu. Pośrodku niczego, na wyspie, wyrastało opactwo – akurat był przypływ, więc jedyna ścieżka prowadząca na wzniesienie była pod wodą. Dotrzeć tam można było jedynie niewielkimi łódkami, które kursowały non stop w jedną i drugą stronę. Całość zrobiła na mnie naprawdę imponujące wrażenie.

W Penzace, gdzie dotarłam po trzygodzinnym spacerze brzegiem morza, poszłam na dworzec. Myślałam, by złapać jakiś autobus dalej na zachód, a pani w kasie powiedziała mi, że za 10 funtów mogę mieć bilet na cały dzień, ważny zarówno w pociągach jak i autobusach. Nie myśląc wiele, kupiłam go i mając coraz mniej czasu do północy (było już po 14) pojechałam najpierw do Land’s End. To „najbardziej wysunięty na zachód kraniec Wielkiej Brytanii”. Same „naj”, jak widać. Tym miejscem zachwycona byłam bez reszty. Piękna pogoda. Błękit nieba. Lazurowy turkus morza. Złoto słońca. Fiolet wrzosowisk. Żółć kwiatów. Cudo. Razem tworzyły nieziemski krajobraz. Mimo że, co było do przewidzenia, otaczał mnie tłum turystów, nie czułam tego. Stałam wśród barwnych traw, wpatrzona w bezkres wody, a słońce ogrzewało moje plecy. Zauroczyła mnie latarnia morska stojąca na skałach jakieś 3-4 kilometry od urwiska lądu.

Po chwili autobus wiózł mnie dalej. Miałam dwie godziny do dotarcia do St.Ives – kolejnego  kurortu, który podziwiałam na profilu jednej z dziewczyn, obserwanych na instagramie.

Droga wiodła przez małe wioseczki, w których zatrzymał się czas. Nawet jeśli domy były nowe, to stawiane na wzór tych sprzed wieków. Zielone połacie pastwisk z brązowymi lub łaciatymi krowami. Ziemie jednego sąsiada od drugiego oddzielone kamiennymi płotami. W oddali wzgórza porośnięte paprociami.

Ciekawe, z czego żyją ludzie mieszkający w białych chatynkach rozsianych samotnie wśród bezkresnych łąk…. Może wypasają krowy? A może łowią ryby? A może…lubią popijać herbatę i wpatrywać się w horyzont? Reperują zdezelowane auta z lat 70′? Chodzą na długie spacery? A może łapią motyle?
Tutaj nawet wiatr się nie spieszy, tylko delikatnie buja kwiatami na pagórkach.

Owszem, mogłabym jechać pociągiem lub na stopa, lecz lokalny autobus wiózł mnie przez miejsca niedostępne dla turystów. Rozkoszowałam się widokami, a nie słupkami autostrady.

St.Ives rozczarowało. U Sammi na zdjęciach było bajkowo – klify porośnięte pięknie kolorowymi kwiatami, czysta woda… A ja, dotarłszy tutaj, czym prędzej chciałam uciekać. Hordy turystów, brudna plaża i zero spokoju. Czym prędzej udałam się na stację (tory kończyły się tutaj…w ścianie – pociąg podjeżdżał i aby ruszyć z powrotem – tył stawał się przodem / nie, nie znam technicznych nazw….) i okazało się, że za cztery minuty odjeżdża skład do St.Erth, gdzie miałam przesiąść się w pociąg do Bodmin. Chciałam pojechać do legendarnego zamku króla Artura (bo na Kornwalię przeznaczyłam jeszcze półtora dnia i musiałam je jakoś wykorzystać, a na południu już nic mnie nie ciągnęło) – Tintagel.

Jednak w pociągu zdecydowałam zrobić jeszcze inaczej. Wysiąść w Liskeard, tam spać i rano śmigać do Dartmoor NP. Nie sądziłam, że dojadę tak daleko i tyle zobaczę, gdy rano żegnałam się z krowami w Lizard. 

First „Great Western” to mój pociąg, sunący bezszelestnie wśród pól. Po przekątnej siedziało dwóch facetów. Pewnie kumple – pomyślałam z początku. Ale gdy uśmiechnięty brunet w seledynowej koszulce XL z wielkim namaszczeniem zaczął robić zdjęcia towarzyszowi, coś zaczęło mi nie grać. A gdy ten delikatnie musnął jego dłoń, poszczególne fragmenty układanki wskoczyły na miejsce. Para gejów. Nadal nieco zawstydzonych i świetnie udających dwójkę przyjaciół. Gdy blondyn gładził fotografa pod stołem po udzie, a ten przymykał oczy, dotarło do mnie, że to jest prawdziwa miłość. A nie jakieś tam misie, serdusza i ciągłe obnoszenie się  z fizycznością. 

Gdy wysiadłam w Liskeard, dalej chciałam łapać stopa. Jednak na dworze dzień chylił się ku zachodowi. Postanowiłam, że choć wyjdę za miasto i rozbiję gdzieś namiot. Zapytałam o kierunek na wylotówkę pana z córeczką, którzy czekali na stacji. A on zamiast odpowiedzieć, zaprosił mnie do auta i wspólnymi siłami znaleźliśmy…kemping. Nie byłam zbytnio zadowolona, bo mój budżet nie przewidywał płatnego noclegu, ale darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda. Rozbiłam się więc na skoszonej trawce, w sąsiedztwie kamperów. Umyłam się pod gorącym prysznicem. Przede wszystkim – byłam „pod opieką” – nie musiałam bać się właściciela ziemi ani psychopatycznego mordercy czy krwiożerczych krów. Sam wieczór odmienił moje myślenie o polach namiotowych – było cicho (jak makiem zasiał – dosłownie!), bez alkoholu czy wrzaskliwych dzieci.

img_5737

O 21 było już ciemno, a ja wiedziałam, że gdyby nie pomoc Szkota, to miałabym ogromny problem. Zasypiałam z wdzięcznością za spotkanie tylu cudnych ludzi na swojej drodze.

z dziennika: „Bo w podróży chodzi o to, by doceniać takie właśnie małe gesty. Niczego nie brać na pewnik i z pokorą przyjmować każdą pomoc. Kierowcy przecież nie musieli się zatrzymywać, prowadzący autobus w Plymouth nie musiał się litować i podrzucać za darmo na przystanek, do którego nie umiałam dojść. Nikt nie nakazywał tym ludziom być pomocnymi, to zawsze wychodziło od nich. Będąc w drodze, zawsze dostrzegam w ludziach tę drugą, lepszą stronę. Zastanawiam się też, kim ja jestem w ich oczach. Odważną dziewczyną, dzieckiem prawie, przemierzającą na piechotę cały kraj? Włóczęgą godnym pożałowania, śpiącym na dziko a nie w hotelach? Człowiekiem, którym sami niegdyś byli lub tak bardzo chcieliby być?  Żałują czy podziwiają? Podchodzą z pogardą czy z sympatią? Co kryje się za uśmiechami i bezinteresowną pomocą? Czym wzbudzam ich zainteresowanie?
Jeszcze jedno ważne odkrycie o sobie, a raczej nabranie pewności, że w podróży bardziej od samego celu liczy się droga do niego. Setki pokonanych kilometrów, tysiące widoków, las, morze, góry, pola. Jazda autobusem lub pociągiem, rozglądanie się po wagonach, uśmiechanie się do współtowarzyszy i zastanawianie się z kim i do kogo jadą…
Mam to do siebie, że nie lubię siedzieć w jednym miejscu dłużej niż dwie godziny (za wyjątkiem nocy). To nudne i mało produktywne. Lepiej jechać i doświadczać coraz więcej i więcej i więcej”.

Na dziś to koniec. Do Dartmoor NP udamy się niebawem. A stamtąd prosto do Lake District PN. Stay tuned!

Z.

Zostawicie po sobie ślad – uwielbiam czytać komentarze!

15 Comments Add yours

  1. No, faktycznie mogłabyś pisać krótsze posty – wygodniej się to czyta. Bo treść ciekawa i zasługuje na uwagę większą niż pobieżna.
    Zdjęcia też piękne, a w ogóle to umieram z zazdrości, bo o niczym nigdy nie marzyłam bardziej niż tego typu włóczędze (no, chyba że o własnym koniu 😊) . Zostanę na dłużej, bez wątpienia.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Wiem, robię co mogę, by były krótsze – ale ten zaplanowany na dziś i tak już jest podzielony na trzy partie 😉 ja po prostu jestem fatalna w streszczaniu! Powinnam zacząć książki pisać, a nie notki na blogu…

      Zapraszam na dłużej! Nie pożałujesz – poczytać możesz też o cudnej Rumunii 💛

      Polubione przez 3 ludzi

      1. Laura pisze:

        A ja właśnie to w Twoich postach uwielbiam. To, że są długie sprawia, że są jak cała gazeta albo książka i uwielbiam Twój styl pisania. Długie teksty o podróżach są wręcz jak niezwykłe baśnie i całkowicie odpływam.

        Polubione przez 1 osoba

  2. Sławomira pisze:

    ,,nie przerobię Was na masło”

    Przynajmniej dostałam śmieszny fragment do ciekawego opisu podróży.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Mistrzem wywoływania uśmiechu to ja nigdy nie byłam, ale ten fragment też przypadł mi do gustu 😉

      Polubione przez 1 osoba

  3. Laura pisze:

    Zosiu, ach Zosiu! Jak zwykle mnie zaczarowałaś. Boskie zdjęcia i to jak niesamowicie opowiadasz tę historię. Czuję jakbym właśnie włóczyła się z Tobą po tych pięknych wzgórzach i dolinach. Dziękuję.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Miód na uszy! Dziękuję, choć ego niebezpiecznie zaczyna rosnąć za każdym razem, gdy czytam takie komentarze 😉

      Polubione przez 1 osoba

  4. M.P. pisze:

    Z niecierpliwością czekam na kolejną opowieść.Bardzo lubię to co robisz.

    Polubione przez 1 osoba

  5. Jak dla mnie, wcale nie ma tu za dużo opisów. Bardzo przyjemnie się to czyta ❤

    Polubione przez 1 osoba

  6. Może ja też nie powinnam była się wypowiadać ( bo ja też mam skłonność do przeciągania i kompletnie nie umiem streszczać 😉 ) a skoro większości się podoba, to ja pasuję :P. I to znaczy, że ten sposób pisania odpowiada czytelnikom , a poza tym, takie nawyki trudno wykorzenić. A o Rumunii chętnie poczytam :D.

    Polubione przez 1 osoba

  7. Zazdroszczę odwagi `;0

    Polubione przez 1 osoba

  8. Maciek pisze:

    Zgadzam się z długością wpisów – krótsze, ale więcej 😉

    A co do samego wpisu – urzekło mnie coś w zdaniu z dziennika, o tym, że jesteś panią swojego losu. Może z tego względu, że mój wyjazd na Sri Lankę (całkowicie na dziko), również zaczął się takim wpisem w dzienniku. Prawie dokładnie takim samym. Coś w tym jest! :-).

    P.S. Genialne fotki! Bardzo mi się podobają 😉

    Polubienie

    1. Ileż pochwał! Cudnie jest trafić na człowieka, który myśli podobnie i także uświadamia sobie, że nasz los zależy tylko od nas. To daje taką pewność siebie i wiarę w to, że góry można przenosić! 🙂

      Polubienie

  9. teksty nie są za długie, ale dobre i autentyczne, a to najważniejsze!

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s