„Jak ta mała, drobna Zosia walczy ze światem w pojedynkę” – tatuaż w Coventry, włoskie wakacje w Polperro

Już jestem, ogarnięta, wyprana i umyta. Młoda, pełna energii, pomysłów i ciekawości świata. Wieczorami leżę w łóżku i spoglądając na wielką mapę, zawieszoną nad moją głową, snuję kolejne plany na wyprawy. A będzie ich niemało.

Zaglądam w notatki z podróży, wertuję zeszyty z zapiskami i widzę, że aby opublikować to wszystko, co tam zapisałam, będę potrzebowała sporo czasu i pewnie w jeden miesiąc to ja się nie wyrobię.

Jednak im starsza jestem i więcej dzieje się wokół mnie, tym bardziej pragnę pisać, robić zdjęcia, dzielić się ze światem moimi pasjami. Chciałabym pokazać innym, że gdy się chce, to można wszystko i jedyne ograniczenia, które nas blokują, to te w naszej głowie. Wiem, że świata nie zmienię, ale może zainspiruję niektórych do tego, by wziąć życie w swoje ręce i zacząć żyć, a nie tylko istnieć, oddychając w systemie praca-dom-praca. Taka ze mnie idealistka, ale na dobre mi to wychodzi.

Wróciłam w sobotę. Po trzech miesiącach nieobecności. Dziś już w ogóle nie czuję, że wyjechałam na tak długo. Szczególnie, gdy rdest wdziera się przez moje okno i wplątuje w sukienki. Albo gdy chodzę po ogrodzie i zrywam z krzaków maliny, borówki, maleńkie poziomki wrzucam do buzi i zbieram soczyste jabłka znad stawu. Jak mogło mnie nie być całe lato? Jakoś to do mnie nie dociera.

Ostatnie trzy tygodnie spędziłam w podróży. Nie wiedziałam, jak spisać historie ze swoich wojaży, bo zapisanych kartek jest całe mnóstwo, a przecież nikt nie będzie czytał postów długości całej książki przygodowej (a może jednak znajdzie się taki Ktoś?).

Po wielu przemyśleniach i rozważeniu za i przeciw multum pomysłów, postanowiłam podzielić się z Wami czterema wpisami.

Dziś pierwszy z nich – opowieść o samotnej podróży po całej Kornwalii. Przemieszczałam się albo na piechotę (małe, wąskie dróżki są wyjątkowo nieuczęszczane, więc nie miałam innego wyjścia) albo stopem, pociągiem lub autobusem. Na plecach nosiłam 20-kilogramowy plecak (po jakimś czasie – dla mnie już ważył tyle, co nic, a faceci, którzy mieli go podnieść, bardzo przy tym jęczeli 🙂 ). Miałam ze sobą wszystko, co niezbędne: namiot, karimatę, śpiwór, jedzenie, kuchenkę, mapy… Jestem z siebie dumna, bo nie spakowałam nic, co okazałoby się zbędne (no może poza strojem kąpielowym, ale on akurat nie waży ton).

Coventry – Airbnb, tatuaż, Couchsurfing

 

Wyruszyłam z Londynu. Nie spałam całą noc, gdyż euforia nie pozwoliła mi zmrużyć oka. Udało się! Przeżyłam dwa samotne miesiące w wielkim, niekoniecznie przyjaznym, mieście! Najpierw udałam się do Coventry, gdzie miałam robiony tatuaż (przepiękny, zresztą zobaczycie go na zdjęciach). Jo Baker znalazłam na Instagramie, który to w ostatnich latach stał się wymarzonym miejscem na promocję swoich prac. To tutaj odkrywani są młodzi fotografowie, blogerzy, tatuażyści, artyści. To tutaj ja czerpię inspirację na tatuaże, szukam ludzi, którzy gotowi byliby mnie wydziarać. Tutaj mogę podróżować po Alasce starym vanem, albo oglądać Chiny z lotu ptaka. Bo Instagram to nie tylko goła pupa Kim, ale całe mnóstwo wartościowych treści. Trzeba umieć wybierać. Ja wybieram tatuaże i podróże, i weganizm.
Zanim jednak nastąpiło moje spotkanie z dziarczyńcą – noc spędziłam w pokoju wynajętym na Airbnb.com. Idąc pod wskazany adres, kluczyłam wśród spokojnych uliczek, sprawiających, że miałam wrażenie, iż jestem w latach 70′. Czasach hipisów, Beatlesów i kultowych okładek płyt. Każdy ceglany segment szeregowca był identyczny, chodniki wyłożone były dużymi płytami. Brak krawężników. Stare auta. Mnóstwo kabli.Gdyby w tym momencie zza rogu wyszedłby mi na spotkanie playboy w dzwonach, to nie byłabym wielce zdziwiona. Dotarłam wreszcie do domu. Niebieskie drzwi, zdezelowana furtka. Po tym, jak jasnowłosy właściciel pokazał mi pokój, miałam czas, by się rozgościć.  W całym domu, poza mną, spała jeszcze studentka Isabelle z Chin (a jej chłopak – Rumun – rozwiał moje wyobrażenia o tym, że bigos to nasze narodowe danie polskie), Hindus i młody Anglik. Ktoś przyjechał na jedną noc, ktoś inny na miesiąc. Pokój, gdzie miałam spać, był niewielki, ale bardzo zadbany: małe łóżko, biurko, szafa. Do dyspozycji miałam zarówno łazienkę jak i kuchnię. Wieczorem siedziałam przy żółtym świetle lampki, kreśląc słowa zachwytu w dzienniku. Wyobrażałam sobie, że żyję w ubiegłym stuleciu, jestem pisarką i wynajmuję pokoik na piętrze. Ledwo wystarcza mi na czynsz, ale ja po prostu piszę i spełniam się. Dorabiam jako guwernantka. Moje okienko wychodzi na zacienione podwórze, lekko już podgniłe, a mapa na ścianie przypomina o podróżach odbytych w młodości. Położyłam się wcześniej, by przed sesją być wypoczętą.

Następny dzień spędziłam w studiu tatuażu, a po południu wraz z artystką – Jo Baker – poszłyśmy na drinka. To był cudny czas! Joanne okazała się jednym z niewielu całkowicie szczerych i dobrych ludzi, jakich dane mi było poznać w UK. Siedziałyśmy w pubie, przerobionym ze starego magazynu z książkami, na kolorowych pufach. Na ścianach wisiały portrety brytyjskiej arystokracji, nad kominkiem wypchane głowy jeleni, a na surowych kablach pozawieszane były barwne żarówki. Gadałyśmy do wieczora, a bezalkoholowa pina colada była najlepszą, jaką piłam dotychczas!
Kolejną noc spędziłam u Johna, hosta z Couchsurfing.com. To był mój pierwszy nocleg załatwiony przez ten portal i…byłam w siódmym niebie. John podjechał po mnie do centrum, po czym zawiózł do siebie. Mieszkał na obrzeżach i na szczęście nie musiałam się tam telepać autobusem (które w UK są szalenie drogie). Po skromnej kolacji rozsiedliśmy się w fotelach i podgryzając mango, długo rozmawialiśmy. O fotografii, o moich podróżach, o jego pracy. Początkowo wzięłam Johna za przeciętnego faceta. Jednak w miarę jak nasza rozmowa się rozwijała, zmieniał się też mój sposób postrzegania. Gdy opowiadał o dwudniowych wypadach do Włoch, a locie na jedną noc do Indii, podróży po Stanach – miałam już zupełnie zdanie co do jego osoby. A gdy powiedział, że niedawno za kilka milionów kupił udziały w firmie, gdzie pracował i stał się tym samym jedynym właścicielem, długo nie mogłam zebrać szczęki z podłogi. Było sporo po północy, gdy poszliśmy spać.
Rano John zawiózł mnie na pociąg do Birmingham (nadrobił tylko paręnaście mil…ale przecież nie puściłby mnie autobusem). Do tej pory mamy kontakt, z którego oboje czerpiemy niesamowitą przyjemność.

                                                                            Kornwalia – Polperro

Tym samym rozpoczęła się już moja „właściwa” podróż. Plan był taki, by zjechać całe południowe wybrzeże, głównie na stopa. Miałam pięć dni od momentu przybycia do portowego Plymouth do czasu wyruszenia z Exeter na północ, do Lake District.
Z centrum Plymouth – blisko 400 tysięcznego miasta – trudno byłoby się dostać na wylotówkę, toteż postanowiłam złapać lokalny autobus i dojechać nim aż do Poleprro. W moim pierwotnym planie nie wzięłam pod uwagę odwiedzenia tej „włoskiej mieściny na południu Anglii”, lecz zdecydowałam, że dam jej szansę. Przecież mogło okazać się drugą Sighisoarą, której też nie planowałam zwiedzać, a jednak się w niej zakochałam.
Wyjeżdżając z Plymouth, mijałam centrum wojskowe, gdzie całe wybrzeże otoczone było wysokim drutem kolczastym. Autobus sunął wzgórzem, skąd roztaczał się widok na szeroką rzekę, a dziesiątki łódek na wodzie wyglądały z tej perspektywy jak małe mróweczki. Przejechałam Tamar Bridge, wybudowany w 1961 roku – wówczas był on najdłuższym mostem wiszącym Wielkiej Brytanii, a w 2001 roku został poszerzony – była to pierwsza tego typu operacja w świecie. Od tego momentu oficjalnie byłam w Kornwalii!
Droga wiła się wśród soczyście zielonych pól, a mijane domki zdawały się być łudząco do siebie podobne. Zbudowane były z kamienia, schowane za drewnianymi lub kamiennymi płotami, a drzewa w ogrodzie splecione z bluszczem wyglądały niczym kochankowie w namiętnym tańcu.
Wzdłuż drogi posadzono wysokie żywopłoty, przez które niewiele co było widać. Pewnie służą za ochronę dla owiec, by nieopatrznie nie wbiegły na jezdnię. „Jezdnia” to też dość szumne określenie – na wąskich drogach średniej wielkości autobus miał trudności z przejechaniem, nie mówię już o wyminięciu się dwóch aut.

z dziennika: „Pojawiają się turyści, ale ja jestem wreszcie z dala od cywilizacji – czuję, że żyję i niczego nie żałuję”.

Jechać do Polperro okazało się być bardzo dobrą decyzją. To nadmorska miejscowość, a przystanek autobusowy (ostatni na południe, jadąc tą trasą) ukryty jest wśród drzew. Wzgórza porastające dolinę zabudowane są białymi domkami, przed którymi pysznią się kolorowe kwiaty. Na pierwszy rzut oka – całość przypomina nieco nasz polski Kazimierz nad Wisłą.
Idąc nad zatokę, minęłam sklepiki z pamiątkami i z fudge (słodkość podobna do krówek; wyrabiana w najróżniejszych wariantach smakowych). Przeszłam obok „Chistmas Shop” z rzeźbą wyciągniętą niby z „Dziadka do orzechów” od frontu. Wczasowiczów nie było na szczęście zbyt wielu. Przy akompaniamencie krzykliwych mew doszłam do portu, wdzierającego się w ląd. Przerażona patrzyłam na kutry rybackie, stojące…w mule. Wyglądało to jakby nagle ktoś spuścił wodę i zostawił te biedne łódki na pastwę losu. Krawędź betonowego wybrzeża górowała nad masztami.

Zdziwiona, podeszłam do rybaka, który mocował się z niesfornymi linami.

– Przepraszam najmocniej, ale gdzie jest wasza woda? – zaczęłam, wydawało mi się, żartobliwie.

– Jak to gdzie? Jest odpływ. Wróć o północy, a się przekonasz. – nie wiem dlaczego, ale mężczyzna był dość poirytowana, więc speszona, udałam się dalej.

Usiadłam na kamieniach. Po lewej stronie lazurowa woda lekko falowała, wdzierając się w ląd. Z racji odpływu nie sięgała do portu, ale tu, gdzie siedziałam, rządziło już morze. Kolorowe kutry kołysały się na wietrze, a przy brzegu w wodzie taplało się parę maluchów. Rzeczywiście, widok ten przypominał mi o wakacjach nad Adriatykiem w Chorwacji.

z dziennika: „Ludzie uśmiechają się, pytając, skąd jestem. Są bardzo życzliwi. I gratulują śmiałości. Im chodzi o to, że jadę samotnie. A ja widzę tu inny rodzaj odwagi – bowiem ja robię to, co kocham. Nie szukam wymówek, nie wymyślam żadnych „ale”. Przecież gdyby Kolumb nie był tak odważny, to nigdy nie odkryłby Ameryki. Czy to głupota granicząca z brawurą? Wątpię. To po prostu gonienie za marzeniami i odkrywanie siebie.”

Z Polperro chciałam jechać stopem dalej na południe, w Foey przeprawić się promem. Jednak…tu naprawdę nic już nie jeździło. Więc wzięłam plecak na ramiona i…szłam ładnych parę godzin, aż do zachodu słońca. W dużym białym domu z czerwonymi okiennicami poprosiłam o wodę i skierowałam się w dalszą drogę. Plecak ciążył, kamienie przebijały przez wąską podeszwę nieprzystosowanych do takich wypraw butów. Zmachana byłam niesamowicie.Wtedy też ulitowała się nade mną włoska rodzina. Miejsca mieli jak na lekarstwo, bo w aucie już siedziały trzy osoby dorosłe i niemowlę w nosidełku, ale jak się naprawdę chce pomóc drugiemu człowiekowi, to i zagnie się prawa fizyki, by go zmieścić. Nadrobili dla mnie drogi, przez ponad godzinę pomagali szukać dobrego miejsca na nocleg – nie za daleko od szosy, ale w takiej okolicy, bym nie była zbyt widoczna.

W końcu rozbiłam się na świeżo zaoranym polu, które łagodnie schodziło ku wodzie. To była moja pierwsza noc w namiocie, która miałam spędzić sama jak palec. Nie będę zgrywać twardzielki – bałam się. Ale nie aż tak, jak przypuszczałam. Najbardziej tego, że za moment zjawi się właściciel. Bo w morderstwa bez wyraźnego powodu nie wierzę, a ja przecież nikomu nie podpadłam. Dziewczyny raczej nikt nie pobije i nie zaatakuje nożem, a gwałt…stosunek jak stosunek, tylko z większym niż zazwyczaj dyskomfortem.
A poza tym – cały namiot miałam dla siebie, po swojemu, z porządkiem. Szłam spać z kurami. A gdy obudziłam się  w nocy – ujrzałam niesamowite niebo: migoczące gwiazdy o miękkich liniach, podobne do kryształów niczym cukier puder. Kolor nieba to nie czerń, a bardzo głęboki granat. W świetle księżyca zatarła się linia między niebem a wodą. Oświetlone łodzie, małe niczym ziarenka piasku, wydawały się być odbiciem gwiazd w morzu.
A rano – o piątej – powitał mnie wschód słońca. Najpierw królowały pastele, później intensywna czerwień, po czym z łagodnego pomarańczu wyłoniło się złote słońce. I znów towarzyszył mi wrzask mew.

Miało być krótko, miałam zmieścić się w jednym poście z pierwszym tygodniem podróży. Niestety, plany jak to plany – mają swoje widzimisię. Pozwólcie więc, że w tym miejscu skończę, by Was nie zanudzić, a w piątek opublikuję część drugą. Postów z wyprawy po Anglii będzie więcej, niż początkowo zakładałam 🙂 Nie gniewajcie się!

Jeśli chcecie być na bieżąco – polubcie mnie na FB . Możecie też zostawić komentarz, lub podzielić się ze mną swoimi przemyśleniami, wysyłając mi maila: zosiaakatarzyna@o2.pl

Do napisania,

Z.

5 Comments Add yours

  1. Nie mam nic do dodania wpisu, więc informuję, że mi się podoba.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Krótko, zwięźle i na temat. Dziękuję!

      Polubione przez 1 osoba

  2. Inspirująca podróż, a jakie widoki! Super:) Dziara w dechę:)

    Polubione przez 1 osoba

    1. Dziara zacna, wiem!
      A widoki…miałam szczęście, bo pogoda dopisywała praktycznie przez cały czas mojej włóczęgi 😀

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s