Jak to jest, że tak dużo podróżuję i tak mało wydaję? Poradnik.

Nie raz i nie dwa podkreślałam, że w życiu liczy się dla mnie przede wszystkim wolność. Zostałam wychowana przez kobietę, która ceni ją sobie ponad wszystko i chcąc, nie chcąc, ja także „musiałam” pokochać tę wartość. Mocno mi się wydaje, że z wzajemnością.

Nie będę po raz koeljny rozpisywać się, co ona dla mnie znaczy i jak idę z nią przez życie. Dziś chcicałabym skupić się na jej drugim, równie istotnym apekcie, a mianowicie – na podróżach. To moja trzecia miłość życia, zaraz po Mamie i wolności.

Gdy wróciłam z wyprawy do Rumunii w czasie tegorocznego długiego weekendu w maju, prosiliście mnie o wskazówki. Co do tego, jak stopować, co jeść, gdzie mieszkać, co zabrać. Dlatego, sama będąc właśnie w trakcie dopinania na ostatni guzik samotnej wyprawy po Wielkiej Brytanii w sierpniu, dziś oddaję w Wasze ręce „poradnik” jak to zrobić, by za niewielkie pieniądze zobaczyć naprawdę wiele.

Jako że mam 18 lat i nie pracuję na pełen etat (w ciągu roku szkolnego udzielam korepetycji i pracuję w weekendy w restauracji; w wakacje – zawsze staram się odłożyć jak najwięcej pieniędzy, by mieć na podróże/książki/tatuaże/pasje [czujecie w powietrzu tę wdzięczność dla Mamy, która daje darmowy dach nad głową i żarcie?] i tym samym nie muszę nikogo prosić o kasę, gdy najdzie mnie ochota na coś „szalonego” – w tym roku dwa miesiące żyję i pracuję w Londynie) oraz nie muszę martwić się o płacenie za mieszkanie/jedzenie/rachunki itp. całe zarobione pieniądze mogę przeznaczyć na to, co kocham. Wolę podkreślić to na samym początku, by później nie było nieporozumień typu: „gówniara radzi, jak tanio spędzić wakacje, ale co ona wie o ciężkim życiu”.

Najczęściej podróżuję w wakacje, choć zdarzają mi się też weekendowe wypady.
Od paru lat nie bawię się w wycieczki zorganizowane ani w rezerwowanie miejsc w super hotelach. Nic nie mam do osób, które lubią taką formę wypoczynku, ale dla mnie to żadna frajda.

Zapraszam po wskazówki 🙂

Gdyby coś było niejasne, lub mielibyście więcej pytań – śmiało piszcie do mnie na maila lub zostawcie komentarz. Na wszystkie wiadomości odpowiem!

 

 

Gdzie śpię?

Najtańszy sposób na nocleg w czasie podróży to oczywiście namiot. Od dzieciaka jeździłam na obozy harcerskie, więc jestem zaprawiona w bojach. I szczerze to kocham!
Większość krajów europeskich jest przyjazna spaniu na dziko, choć oczywiście lepiej nie rozbijać się przy autostradzie czy w centrum miasta.
W Rumunii można było spać na dziko dosłownie wszędzie; my – zaliczyliśmy noc na polanie na przedmieściach Sighisoary.
Ważne, by namiot nie był w jaskrawych kolorach, by nie przyciągać uwagi. Zawsze przecież lepiej dmuchać na zimne. Nie prowokujcie losu (to tyczy się nie tylko spania pod chmurką).
W Polsce, gdy jeżdżę z Mamą, śpimy w aucie lub w namiocie. Zawsze zjeżdżamy z głównej drogi i po paru kilometrach urządzamy sobie obozowisko.
Proszę, pamiętajcie, aby zawsze zostawić po sobie porządek. Opuszczając miejsce noclegu, upewnijcie się, że wygląda ono tak, jakby Was tam nigdy nie było.
Nie płoszcie zwierząt – to Wy jesteście intruzami na ich terenie, nie odwrotnie.
Nie palcie ogniska.
Szczególnie latem, gdy często wprowadzony jest stan wyjątkowy/panuje susza.

W namiocie, śpiąc na dziko (co szczerze polecam, bo dla mnie kempingi to mordęga z hordą małych dzieci i pijanych sąsiadów), nic nie płacę za nocleg. A to, średnio licząc 30-40 zł za noc, duża oszczędność.
Innym świetnym rozwiązaniem jest portal couchsurfing.com. To miejsce, które zrzesza ludzi z całego globu. Społeczność miłośników podróży, ludzi otwartych na na świat i na siebie wzajemnie. Wystarczy założyć konto, uzupełnić swój profil (uwaga: bądźcie wiarygodni, starajcie się napisać jak najwięcej o sobie, dodajcie zdjęcia, które w pełni oddadzą Waszą osobowość i to, kim jesteście – w końcu chcecie pojechać do kogoś i zostać u niego na noc – trochę empatii: człowiek musi wiedzieć, kogo przyjmuje pod swój dach) i można zaczynać. Na czym to polega? Gdy gdzieś jedziecie, wyszukujecie w danym miejscu osoby, które są gotowe Was ugościć, piszecie do nich z prośbą o spotkanie/użyczenie kawałka podłogi i czekacie na odpowiedź. Najczęściej – pozytywną.

Kilka ważnych rad dla ludzi poszukujących hostów (kolejność przypadkowa):
zawsze czytajcie referencje, uwierzcie mi, że nie chcecie trafić osobę, która wyskoczy z dwuznacznymi propozycjami; ten punkt tyczy się szczególnie dziewczyn podróżujących samotnie; zawsze można też zazanczyć opcję „female only”;
pisząc request o nocleg, nie traktujcie całości jako darmowego hotelu; CS to przede wszystkim okazja do poznania masy wspaniałych ludzi i podzielenia się doświadczeniami; w wiadomości napiszcie coś o sobie, nawiążcie do informacji zawartych w profilu hosta; ludzie często dziwią się, że ich prośby są odrzucane, ale pisząc tylko „przyjeżdżam wtedy i wtedy, daj kanapę”, daleko nie zajdziecie!
starajcie się mieć drobny upominek dla gospodarza, wystarczy naprawdę drobiazg, by kogoś uszczęśliwić; z Polski zawsze warto zabrać krówki (naprawdę – zagranicą ich nie znają!) albo pocztówki/magnesy

Gdy planuję dłuższy podbyt w danym mieście i nie chcę zwalać się komuś na głowę na dwa-trzy dni (owszem, można, ale dla mnie to zbyt długo, za dzika jestem), dobrą opcją są hostele. Za naprawdę małe pieniądze można złapać nocleg w klimatowym miejscu, gdzie też na pewno poznamy ciekawych świata podróżników i włóczęgów. Polecam strony: hostelworld.com i hostelbookers.com. Ja będę tak spać w Edynburgu (13 funtów za noc w 10-osobowym pokoju; hostel (w budynku z XVI w.) położony jest w centrum Starego Miasta w odległości paru minut od najpiękniejszych miejsc). Powiem szczerze, że już nie mogę się doczekać.

 

 

 

Co jem?

Tu nie będę się rozpisywać. Mimo że na co dzień staram się jeść zdrowo, w podróży nie jestem fanatyczką bycia fit.
Gdy chodzisz całymi dniami z wielkim plecakiem ze stelażem, to każdy gram ma znaczenie. Dlatego żarcie ma być lekkie, w miarę pożywne i szybkie. Ja nie jem chleba, więc opcja „bułka z pasztetem” odpada.
Zawsze mam ze sobą kuchenkę turystyczną i menażkę. Warto mieć też zawsze zapas wody (ok 2 litry; i do picia i do gotowania). Co więc jem?
zupy instant w proszku na obiad (staram się wybierać te zdrowsze/eko/bio, ale nie jest to obowiązkowe) i owsianka instant na śniadanie (są lekkie, zapychają i rozgrzewają, gdy jest zimno – a naprawdę bywa lodowato, nawet latem!)
orzechy, nasiona, czekolada gorzka (uważajcie na nią w upały) – są pożywne, dają kopa energii i mają mnóstwo wartości odżywczych
„wytrzymałe” warzywa, np. papryka, marchew
kuskus – zalany wrzątkiem, doprawiony i połączony z warzywami to najlepszy obiad, jaki można w podróży wszamać
chlebek typu wasa i pasztet wege (miejcie małe plastikowe pojemniczki, bo inaczej może być różnie, jako że wszelkie pasty uwielbają wyłazić z opakowań i brudzić wszystko wokoło) – to opcja ostateczna, bo choć są lekkie to mało pożywne…nieraz, by się najeść, musiałam zjeść pół opakowania – a nie o to chodzi!
Jak się przemieszczam i jak oszczędzam na biletach?

W Polsce, gdy mowa o dłuższych podróżach, a ja mam troche czasu w zapasie – autostop to moja ulubiona forma transportu. To, ilu świetnych ludzi poznałam do tej pory i jak wiele się nauczyłam, jest nie do opisania. Wychodzę z założenia, że jeśli je jestem dobra dla innych, to oni odwdzięczą mi się tym samym. Dlatego zawsze się uśmiecham, staram dopasować do rozmówcy: milczę, gdy on nie zagaduje, a gdy widać, że chce pogadać, to nie mam absolutnie nic przeciwko. Warto pamiętać, że to on nam robi przysługę, więc nie zgrywajmy paniska.

Specjalnie jednak podkreślam kwestię czasu, bo nigdy nie wiadomo, jak długo przyjdzie czekać na okazję. Ja mam to szczęście, że zawsze łapię w ciągu godziny, ale nie każdy ma takiego farta 😉
W naszym kraju stopowanie generalnie nie jest nielegalne, poza autostradami. Choć, przyznam szczerze, że wracając z Rumunii, prawie całe południe Polski pokonałam autostradą. (Nie linczujcie!)

Zawsze starajcie się stanąć w takim miejscu, by kierowcy było jak najlepiej się zatrzymać. Czyli – szerokie pobocze, przystanek autobusowy, zjazd na drogę szybkiego ruchu itp. Warto też pytać na stacjach benzynowych o to, czy ktoś nie jedzie w naszym kierunku. Dzięki temu udało mi się wydostać z Katowic, gdzie do drogi ekspresowej było parę ładnych kilometrów. Ale! Co by nie było – zawsze przed wejściem do samochodu rozejrzyjcie się. Często wystarczy rzut oka, by wiedzieć, czy można spokojnie i bezpiecznie się rozgościć. Ja za każdym razem, gdy nie czuję się pewnie, grzecznie odmawiam (pod jakimkolwiek pretekstem) i czekam na kolejne auto. Lepiej nie ryzykować, naprawdę. I od dwóch lat noszę przy sobie gaz pieprzowy. Bo nie zamierzam dać się zgwałcić ani poćwiartować, a mając jakikolwiek środek do obrony, zwiększam swoje szanse na zwycięstwo.

To tyle, jeśli chodzi o jeżdżenie autostopem.

A co jeśli nie mamy czasu/odwagi/i/lub w kraju, do którego się wybieramy, nie jest to popularna forma podróżowania?

Muszę się z Wami czymś podzielić. Bo to już nie mrzonki, a realne, dopięte na tip top, plany. W sierpniu i wrześniu realizuję punkt pierwszy na mojej Bucket List, który brzmi: „Zejdę wzdłuż i wszerz Wielką Brytanię. Z plecakiem na piechotę pośród zielonych wzgórz i zagubionych brytyjskich wioseczek”.
Tak!

Mam niecałe trzy tygodnie. I wielkie plany. Z racji tego, że nie mogę pozwolić sobie na stanie pół dnia na wrzosowiskach, czekając na jakikolwiek samochód, postanowiłam przemieszczać się głównie autokarami i pociągami. (Tak, Bucket List będzie zrealizowana też dosłownie, jako że mam tydzień w Lake District NP i w okolicach Muru Hadriana)

Na Wyspie działa świetnie rozwinięta sieć kolejowa i autobusowa, przy czym warto podkreślić, że jazda pociągami w przeważającej części to dobro luksusowe, ze względu na kosmiczne ceny. Ale nie łamiemy się! Istnieje też coś takiego, jak Megabus. To przewoźnik, który oferuje śmiesznie tanie przejazdy między największymi miastami UK.
Trzeba tylko pamiętać o kilku ważnych sprawach, zarówno przy kupowaniu biletów na pociąg jak i na autobus:
– bądźcie elastyczni: dopasujcie się do rozkładu i oferowanych cen – 23.08 po południu miałam autobus z Birmingham do Plymouth za 18 funtów. Za drogo. Ale już 24.08 rano ta sama trasa była za 3 funty. Biorę. I po prostu zostanę jedną noc dłużej u mojego hosta.
– szukajcie biletów z wyprzedzeniem i w godzinach poza szczytem; niby logiczne, ale nie każdy o tym pamięta; dzięki zarezerwowaniu trasy Manchester – Lake District z dwumiesięcznym wyprzedzeniem o godzinie 9 rano, udało mi się upolować bilet za 8,30, a nie za 45,50 (tak, takie różnice na tej samej trasie!)
– kombinujcie: kto tego nie lubi 😉 Jak tego dokonać, planując podróż? Prosty przykład: bilet z Edynburga do Birmingham przez Glasgow kosztował 24 funty. Za drogo. Na kolejny dzień – 18. Nadal nie na moją kieszeń. Więc kupiłam bilet z Edynburga do Glasgow za 1 funta i z Glasgow do Birmingham za 3. Łącznie – z 24 zeszłam do 4. A za dwadzieścia funtów to ja mam jedzenia na dwa tygodnie.

 

 

I najważniejsze, co pakuję na kilkudniową – kilkutygodniową podróż?

Wbrew pozorom to, czy wybierasz się na pięć dni czy na trzy tygodnie, nie ma większego znaczenia. Ciuchów bierzesz tyle samo, bo zawsze można je przeprać w rękach. Jedzenie można dokupić po drodze. A sprzęt i tak musisz wziąć taki sam.

Moje must have:

– namiot – najlepiej lekki, mały i nierzucjący się w oczy; ja mam zielony Quechua Arpenaz 2 i mówicie, co chcecie, ale jeszcze mnie nie zawiódł (waży 2,2 kg, więc tyle co nic, a spokojnie zmieszczą się dwie osoby z plecakami)
– karimata – dobrze, by miała izolację (srebrna folia), bo niekiedy noce bywają bardzo chłodne;
– śpiwór – lekki, ale ciepły – ostatnimi czas jeżdżę z Volven Superlight I i jeszcze nie zamarzłam (spałam w nim zarówno na początku maja w Rumunii, jak i przy 6st. w lipcu podczas ubiegłorocznego Woodstock’u; waży 780g; po kompresji wymiary worka to 13×18 cm)
– bielizna termoaktywna: legginsy i koszulka z długim rękawem (zakładam zawsze wtedy, gdy wieczorem czuję, że nie będzie kolorowo – nigdy się nie zawidołam)
– gdy już mówimy o trzymaniu ciepła – świetnym patenetm jest wyłożenie namiotu folią izotermiczną, tą samą, która znajduje się w apteczce pierwszej pomocy (jednej nocy spałyśmy bez folii i przemarzłam na kość; drugiej nocy folia już była i musiałam się rozbierać, bo było tak gorąco! To naprawdę działa)
– dwa ręczniki z mikrofibry
– menażka (porządna, harcerska; dwie „miski” i talerz) plus widelec i łyżka (plastikowe są bardzo niepraktyczne)
– dobry nóż z mocnym trzonkiem (ja mam tzw. finkę, starszą ode mnie, bez której ani rusz) – warzywa pokroisz, gałęzie naostrzysz, gwóźdź wbijesz
– bidon na wodę – bo nienawidzę plasikowych butelek(ja mam 0,7 litra – traktuję jako „bukłak”, ale przez jakiś czas nieźle też trzyma ciepło herbaty)
– leki: przeciwbólowe, na ukąszenia itp. (lepiej mieć niż kupować nie wiadomo gdzie, nie wiadomo co) plus papier toaletowy
– kosmetyczka z małymi opakowaniami kosmetyków (czyt. pasta do zębów, szczteczka, dezodorant, szampon, żel pod prysznic – praktyczniejszy od mydła, krem z filtrem, mały proszek do prania, płyn do naczyń z gąbką, podpaski/tampony – dziewczyny, nigdy nie wiadomo, a głupio by było kupować je gdzieś na wsi zabitej dechami, igła i nitka, mokre chusteczki) – tak, trzymam to razem, bo jak się coś wyleje, to tylko w jednym miejscu będzie syf
– srebrna taśma
– scyzoryk
– latarka (najlepiej czołówka)
– nerka (podstawa; weźcie dużą, bo lepiej mieć wszystko, co ważne, pod ręką)
– mapa (PODSTAWA) i przewodnik
– powerbank (dobry!) i dwie ładowarki
– wodoodporna obudowa na telefon
– kuchenka turystyczna z butlą gazową

ciuchy:
– sprawdzony wodoodporny i przeciwwiatrowy polar
– bardzo gruby polar/bluza/sweter
– duży szal (słuszy jako szal, koc, poduszka i każdy, kto ze mną jedzie, najpierw się smieje, a pod koniec słyszę, że też musi sobie taki sprawić) plus czapka i rękawiczki (zawsze, nawet w lipcu!)
– strój kąpielowy – kto wie, gdzie się będziesz myć
– porządne buty
– lekkie buty (polecam espaadryle/trampki – nie cierpię sandałów, bo odkryte palce = większe prawdopodobieństwo zranienia)
– jedna para długich spodni, szorty i jedne legginsy (zawsze można przeprać, a legginsy są lekkie i szybko schną)
– trzy koszulki (jedna na sobie, jedną suszysz, jedna czeka w zapasie)
– grube skarpetki (i na noc, i na długie łażenie, co by się nogi nie obtarły)
– bielizna (też bez szaleństw – można wyprać)
– bawełniana torba (na „brudy”, na zakupy, po to, by mieć gdzie włożyć wodę i mapę, gdy w informacji turystycznej zostawiam plecak)

Wszystkie rady spisałam, bazując na własnym doświadczeniu. Nigdy nie byłam na Antarktydzie czy w Afryce, gdzie panują skrajnie różne warunki pogodowo/kulturowe. Moje podróże (samotne, stopowe, takie „backpackerskie”) dotychczas obejmowały Polskę i Europę.

Po powrocie z UK obiecuję wrzucić wpis z podsumowaniem całej podróży. Budżet, wydatki, oszczędności itp.
A jakie są Wasze triki? Co byście dodali, a co uważacie za zbędne?

Piszcie w komentarzach!

 

A jeśli podoba się Wam dzisiejszy post, śmiało przysyłajcie go znajomym, udostępniajcie i polubicie stronę bloga na FB.

4 Comments Add yours

  1. hreindyr pisze:

    Swietny i uniwersalny tekst. Nie zgodzę się tylko z fragmentem o campingach. Odwiedziłem ich trochę i nie pamiętam sytuacji by były jakieś problemy z pijanymi lub dziećmi. Jedyne co, to w hostelu w Amsterdamie dwójka naćpanych Polaków została wyproszona w środku nocy, bo nie potrafili się zachować.

    Nie twierdzę oczywiście, że spanie na dziko jest złe, ale w momencie gdy podróżuję motocyklem, miło jest zostawić wszystko pod opieką obsługi campingu (a i czasami nawet ochrony) i pójść spokojnie zwiedzać miasto, nie bojąc się o losy bagażu. Inna sprawa, że w Rumunii faktycznie spanie na dziko jest najlepszą opcją, bo campingów nie ma tam zbyt dużo.

    Powyższa lista jest bardzo dobra. Od siebie dodam tylko kilka rzeczy:
    * jako poduszki używam dmuchanego wałka pod głowę z Ikei. Zajmuje mało miejsca, a naprawdę wygodnie się na nim śpi.
    * żel pod prysznic warto brać bezzapachowy (np. Biały Jeleń). Dzięki temu posłuży również jako płyn do prania (i odpadnie temat proszku). Niby można też coś uprać zapachowym, ale nie każdy lubi intensywną woń ubrań.
    * zamiast kupować małe opakowania kosmetyków, lepiej kupić butelki 100 ml (np. w Rossmannie) i przelać do nich zawartość większych opakowań. To samo się tyczy płynu do mycia naczyń.
    * mokre chusteczki kupuję w twardych opakowaniach. Te w miękkich szybciej wysychają i łatwiej je „wycisnąć” gdy w bagażu będzie za ciasno
    * talk bardzo się przydaje, zarówno do stóp jak i nieco wyżej 😉 Napudrowane miejsca mniej się pocą i dzięki temu trudniej o odparzenie. A jeśli jednak takowe się pojawi, przydatny jest Alantan Plus.
    * Acutol, czyli plaster w aerozolu naprawdę pomaga, szczególnie gdy skaleczymy się w miejscu trudnym do zaklejenia
    * bawełniane koszulki warto zastąpić sportowymi, np. z Decathlonu.
    * kubek temiczny jest przydatny, gdyż można zrobić sobie herbaty na zapas i nie trzeba robić kolejnego postoju na gotowanie. Osobiście używam Termite TRACK II i jak na mój gust jest rewelacyjny.
    * może to kwestia gustu, ale nie mam nic przeciwko jednoczęściowym plastikowym łyżkowidelcom (znanymi też jako sporki). Jeżeli tylko są wykonane z dobrego materiału, to je się nimi wygodnie, nie łamią się i nie ma problemu z umyciem.
    * kawałek sznurka i parę klamerek nie zajmą dużo miejsca, a nie zawsze jest gdzie powiesić pranie.

    Polubienie

    1. Wiem, ze mam refleks szachisty (ukochany tekst Babci 💛), ale dzięki wielkie za komentarz!
      Motocykl to nie mój świat (jak na razie – nigdy nie mów nigdy), więc kwestią bezpieczeństwa zanadto się nie przejmuję, skoro mogę mieć swoje 10 kilo domu na plecach non-stop.

      Co do Twoich rad:
      *poduszek nie używam, wolę mieć głowę na ziemi;
      *lubię swój wegański żel pod prysznic o zapachu kokosu, więc Jeleń odpada (choć jak w Rumunii nie miałam proszku do prania i musiałam uprać koszulkę w płynie do naczyń, to zaczęłam nienawidzić mięty)
      *100ml buteleczki mam, a jakże – tylko o nich nie wspomniałam, talku nie używam (nie cierpię czuć na skórze niczego poza dobrym balsamem), a mokre chusteczki – to zależy od gustu
      *o plastrach w aerozolu nie slyszałam (a chyba warto!)
      *sportowych ciuchów szczerze nie lubię (poza wizytami na siłowni), więc jakkolwiek ktoś by ich nie zachwalał, nie kupię
      *kubek termiczny – świetna sprawa, choć ja w podróży piję głownie wodę
      *tzw. niezbędnik (sporek?) mam zawsze przy sobie! choc po UK będę jeździć ze srebrnym widelcem wygrzebanym w charity shopie (miłość od pierwszego wejrzenia)
      *pranie suszę na plecaku (i gubię po drodze, jak koszulę na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej)

      Pozdrawiam ciepło,
      Z.

      Polubienie

      1. hreindyr pisze:

        Akurat nie mam zamiaru Cię przekonywać do swojej wizji pakowania. Stwierdziłem, że skoro już doradzasz co tu wziąć ze sobą, to ja dopiszę coś od siebie, a czytelnik już sam sobie wybierze co mu jest potrzebne.

        Zaskoczyłaś mnie tylko „czuciem” talku, ale widocznie jestem bardziej gruboskórny 😉 Co najwyżej odczuwam jego brak, a i to po długim i ciepłym dniu.

        Polubienie

      2. Czytelnikowi na zdrowie wyjdzie podsunięcie tylu ciekawych propozycji, razem stworzyliśmy niezły poradnik 😉

        A co do gruboskórności…nie mogę zaprzeczyć, najwyraźniej.

        Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s