Jestem sama. I cudnie mi z tym!

Z góry przepraszam za niecodzinną czcionkę, ale to i tak cud, że udało mi się coś opublikować.

Dziś, nieco inaczej niż przez ostatnie dwa tygodnie, na moment przestanę zalewać Was postami o londyńskim życiu.

Choć – muszę się pochwalić: odbyłam szkolenie z zakresu „gościnności” w jednym z pubów spod szyldu „Taylor Walker” – tak nazywa się sieć, do której należy moje miejsce pracy. Jeśli ktoś powie kiedykolwiek złe słowo na polską biurokrację, to każę mu jechać na Wyspy i iść coś załatwić. Brytyjczycy uwielbiają papierki i formalności!
Gdy byłam na rozmowie kwalifikacyjnej i nastał czas zawierania umowy, to nie czekał na mnie jeden kwitek do podpisania, jak w Polsce (a pracowałam dotychczas w czterech zupełnie różnych firmach i za każdym razem dokument składał się z jednej kartki), lecz…z dobrych dziesięć. Między innymi, trzeba było podać dane kontaktowe dwóch najbliższych osób. Po co? Nie wiem. Później musiałam odbyć „szkolenie” on-line, które składało się z dziecinnie prostych pytań i odpowiedzi, ubranych w szatę graficzną niczym z gier komputerowych dla przedszkolaków. Po podpisaniu wszystkich kilkunastu papierów, czekała mnie jeszcze próbna zmiana, a po paru dniach – oficjalny kurs zachowania się w stosunku do gości, w siedzibie spółki.

Oczywiście – wszystkie te dodatkowe atrakcje są płatne, a co się tyczy szefa i współpracowników – to nie widziałam jeszcze tak pomocnych i wyrozumiałych ludzi. Gdy, będąc za barem, coś wyleję, źle nabiję na kasę, pomylę zamówienia i zaczynam przepraszać, to słyszę tylko „that’s fine, let me help you”. Żadnych wyrzutów, krzywych spojrzeń i niezadowolenia.

Hola! Ale przecież miało nie być o Londynie.

Dziś będzie o…facetach. A raczej o ich braku.

Jak to z nimi jest?

Całkiem sporo o tym ostatnio myślałam, jeszcze przed przyjazdem do Londynu.

Każda dziewczynka marzy o księciu z bajki. O delikatnych pocałunkach, o wspólnym oglądaniu filmów, o wymarzonym pierwszym razie przy świecach, o rozmowach do rana, o byciu kochaną…
I na tym zamyka się nasze wyobrażenie miłości.

Nikt nie widzi drugiej strony medalu, gdy zauroczeni kimś nowo poznanym, decydujemy się z nim  związać. Wpadamy jak śliwka w kompot i pisz pan – przepadło. Znika gdzieś zdolność do racjonalnego myślenia, na oczach pojawiają się wcale niemałe klapki. Świat może i jest różowy, ale coś mi się mocno wydaje, że jednocześnie – dość nierealny.


Miłość jest piękna – to nie ulega wątpliwości. Motyle w brzuchu, maślane oczy, uniesienia serca – niech się zgłosi ten, komu nie sprawiają przyjemności.

Ale najważniejsze w życiu jest co innego – uczucie do samego siebie, czyli do człowieka wyjątkowego i niepowtarzalnego. Szacunek do osoby, którą co dzień rano widzimy w lustrze. Sympatia dla jednej fałdki za dużo, albo wystających uszu. Pokochanie swoich wad i ciągłe samoudoskonalanie. Postępowanie w zgodzie z własnym sumieniem. Bycie pewnym siebie.

Czy mogłabym nazwać miłością sytuację, gdy będąc z kimś, zatracę wszystkie te przymioty? Nie.

To ja podziękuję za taką miłość. Wolę być dumna z tego kim jestem i obejść się bez drugiej połówki; niż dopasowywać się do kogokolwiek. A często tak właśnie kończy się „bycie z kimś”: próbą sprostania wymaganiom postawionym przez wybranka, zapomnieniu o samym sobie. I, co częste – obudzenie się z ręką w nocniku i pytaniem „a właściwie to kim ja jestem”?

Bycie samemu to ogrom możliwości. To przede wszystkim wolność: nie muszę się spowiadać z tego, gdzie byłam i z kim czy ile wydałam i dlaczego tak dużo. Mogę wsiąść w pociąg donikąd i nie mówić nikomu, że obiad stoi w lodówce, a koszule uprasowałam. Co jeszcze mogę? A no mogę film sobie obejrzeć i nikt mi nie gdera, że wybrałam zbyt tkliwy. I na kolację mogę zjeść lody. I do galerii sztuki iść mogę; i do kosmetyczki bez ciągłego wysłuchiwania, po co mi to. Ha! I poflirtwać mogę bez wyrzutów sumienia i wziąć od kogoś numer, pod który nigdy więcej nie zadzwonię. I sobą mogę być. I to mi pasuje.

Śmiało mogę powiedzieć o sobie „kobieta spełniona”. Więcej – nazwę się „człowiekiem spełnionym”. Radzę sobie z życiem, działam zgodnie z sercem i własnym sumieniem, realizuję swoje pasie i doganiam marzenia, jestem silna wewnętrznie. Nie potrzebuję niczyjej sympatii i komplementów, by znać swoją wartość. Nazwijcie mnie „singielką” – proszę bardzo. Mówcie „feministka” – żaden problem. Ważne, że ja wiem, kim jestem i wiem, że nie potrzebuję czyjejkolwiek aprobaty, by być szczęśliwą.

Facet to wcale nie konieczność, jak mi się kiedyś wydawało. Nie przeczę – bywają uroczy; ale pingwiny też są rozkoszne.

Wasza całym serduchem,

Z.

A dla pośmiania: komedia „Jak to robią single”. Polecam!

4 Comments Add yours

  1. Asuda pisze:

    Bycie z kimś to tworzenie nowego wspólnego świata i spojrzenie na niego z obu punktów widzenia. Zdecydowanie nie jest to coś dla mało doświadczonych. Kochać kogoś nie da się jeżeli nie kocha się siebie, to podstawa.
    I niekiedy dochodzi do sytuacji gdzie jedna ze stron ma problemy które rozwiązać może jedynie samodzielnie.
    Nie chcąc ranić kogoś kogo ma blisko siebie, odsuwa się, bo wie, że miłość to nie zabawa.
    W dojrzałej relacji nie ma spowiadania, wpada się wtedy w specyficzny stan świadomości i wysoki poziom empatii, traktuje się dwie osoby jako jedną całość i nie ma potrzeby zatajania czegokolwiek, tłumaczenia się.
    Wszystko zależy jednak od wcześniejszych doświadczeń i definicji tego co zwiemy miłością. Niektórzy znikają z miłości do kogoś – wierz mi 🙂

    Polubione przez 1 osoba

    1. Skoro tak do tego podchodzisz, to ja bym polemizowała z Twoją wypowiedzią. Jeśli związek dwojga ludzi, to wyższy poziom empatii i rozumienie się bez słów, to w takim wypadku nie może być mowy o odchodzeniu od kogoś „z miłości” – w sytuacji opisanej przez Ciebie problemy jednej ze stron rozwiązuje się razem i pragnie z całego serca, by każde z nich było szczęśliwe ze samym sobą i razem.

      Polubione przez 1 osoba

  2. Małgosia G pisze:

    To jedna strona medalu. Miłość naprawdę może być piękna. Zależy jak się do tego podejdzie i jakie ma się usposobienie. To świetnie, że czujesz się spełniona będąc sama! Ale nie oznacza to, że związki, miłość jest „be”. Znam człowieka, który o swojej narzeczonej nigdy nie powiedział „dziewczyna”, ani ona o nim, że to „jej chłopak”. Ona jest dla niego Ukochaną. Wydaje się, że to takie słodzenie, ale tak naprawdę są dojrzałą parą ze stażem ośmiu lat (a poznali się gdy byli nastolatkami) i nigdy nie widziałam tak zakochanych ludzi. Moim zdaniem są najlepszym przykładem i najmocniejszym argumentem, że miłość to nie maślane oczy, motyle w brzuchu, a później zgryzota i „prasowanie koszul”. Także- tak samo bycie samotnym (w mniemaniu niektórych- wyzwolonym), jak i miłość może być piękne.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s