Jak się żyje w tym Londynie? Miks kulturowy, praca, Brexit.

Wiem, nie było mnie tu dłuższą chwilę. Ale miałam, co robić. Naprawdę.

Dorosłe życie to jednak spore wyzwanie. Szczególnie, gdy jest się samą, młodą dziewczyną w wielkim mieście. I gdy ma się ogromne marzenia i równie wielkie wymagania w stosunku do świata.
Od dziecka lubiłam być rzucana na głęboką wodę. I zawsze spadałam na cztery łapy. Już dawno uświadomiłam sobie, że jestem w czepku urodzona. Nauka przychodzi mi łatwo; nawet gdy się potknę – szybko wstaję; problemy rozwiązują się same, bez mojej pomocy; pieniądze cudem się mnie trzymają i niejednokrotnie mnożą; mam cudowną rodzinę; jestem zdrowa, przynajmniej fizycznie 😉 ; udaje mi się spełnić każdy zamierzony cel. Mogę być, kim chcę, gdzie chcę i z kim chcę. Nie każdy ma taką możliwość. I przez ostatnie miesiące, a może i lata, zaczęłam to dostrzegać i umieć być za to wdzięczna. Do takich spraw chyba trzeba dorosnąć.

W Londynie – wylądowałam sama, bez „chłopaka” czy znajomych i już po dwóch tygodniach mam w komórce nowy folder „a może by tak nowa znajomość?”; straciłam pracę zanim jeszcze ją dostałam i jeszcze szybciej znalazłam drugą; w banku nie wymagali żadnych dokumentów; w JobCenter – obsługiwał mnie przemiły facet i wszystko poszło szybko i sprawnie – tak, czekam już na National Insurance Number. Lubię dramatyzować, to fakt. Mama, jako mój jedyny i kochany Przyjaciel, codziennie musi wysłuchiwać rozpaczliwych wrzasków i płaczliwych słów. Które są bardzo na wyrost, wierzcie mi.

Ale do rzeczy.

Jak żyje się w stolicy Anglii?

Życie… jak to życie. Gdy ktoś lubi narzekać, będzie marudził, mieszkając w górach i nad morzem; w mieście i na wsi; w zimnej Norwegii i upalnej Nigerii. A jak ktoś umie dostrzegać piękno, to ujrzy je nawet na wysypisku śmieci, w ulewie i smrodzie. Ok, może przesadziłam, ale wiecie, co mam na myśli.

Londyn jest ogromny. Krążą o nim legendy, to marzenie niejednego. Ale nie gloryfikujmy go. Każde miasto ma swój urok, mniejszy lub większy. Ten tutaj, nie ma co ukrywać, jest szczególny. To miejsce multikulturowe, pełne kontrastów i kolorów. Kurtuazja Anglików miesza się z prostolinijnością imigrantów, a religie całego świata współistnieją w symbiozie. Tutaj nie istnieje słowo „nie wypada”. Tutaj można być, kim się chce. Iść do kosmetyczki w piżamie i do centrum w staniku. Tutaj nie patrzą na Ciebie krzywo, gdy masz tatuaż na czole – raczej zapytają, co to znaczy i po jakiemu jest napisane. Tutaj miniesz na ulicy opatuchaną w kożuch drobną Azjatkę, idącą obok ważącej sto pięćdziesiąt kilo Murzynki. Siedząc w autobusie, będziesz jedyną białą dziewczyną w otoczeniu samych Indian. Spotkasz dziewczynkę z fryzurą a’la pudel na głowie i klona Elvisa w metrze.

Dla mnie – Londyn to synonim wolności. I serdeczności. Owszem – cały czas każdy mi powtarza, że ci mili ludzie coś ode mnie chcą. Ale czy aby na pewno? Czy obcy człowiek przybijający piątkę na przystanku coś chce? Albo pani chwaląca na pasach moją sukienkę? Albo kierowcy w autobusie? Albo klientka w pubie? Nie! Bo wystarczy uśmiech i dobre słowo, by druga osoba przez cały kolejny dzień miała wielkiego banana na ustach! Do szczęścia naprawdę niewiele potrzeba.

Sama uwielbiam uśmiechać się do ludzi. Tak po prostu, bezinteresownie (tak, bo jeszcze istnieje coś takiego jak bezinteresowność na tym świecie).

A od strony czysto praktycznej?

To miasto świetnie rozwiązane komunikacyjnie: jeździ tu mnóstwo autobsów, w większości są tu dwupiętrowe double decked – na lewostronnej (przez tę zmianę pasów wciąż włażę komuś pod koła!) jezdni zajmują mniej miejsca, a pomieszczą więcej ludzi, co w prawie dziesięciomilionowym mieście ma ogromne znaczenie. Jest też metro, z którego osobiście nie korzystam, ale wiem, że jest to jeszcze wygodniejsza opcja, bo zabiera o wiele mniej czasu. Tak, czas jes tutaj słowem kluczowym. Bo choć zaczynam pracę w południe, to wyjść z domu muszę o 10.30; a gdy kończę o północy, to do łóżka mogę położyć się ok 2. Bo jazda do i z centrum to naprawdę kawałek drogi! I wzmożnony ruch. A i tak mam szczęście, bo mieszkam całkiem nie daleko, na granicy 1 i 2 strefy.

Jak praca?

Nie sądziłam, że powiem to tak szybko, ale lubię tę robotę. Serio. Mimo że pracuję po 8-12 godzin, z krótką przerwą i non-stop jestem na nogach, to naprawdę mi się podoba. I pewnie będę jedną z niewielu barmanek na ziemi, która nie ma pojęcia, jak smakuje to, co sprzedaje 😉
To nie jest lekka praca, ale w porównaniu do myjni samochodowej sprzed dwóch lat – to pikuś. Najbardziej bałam się o język – że sobie nie poradzę, nie zrozumiem. Niepotrzebnie, po dwóch tygodniach, mimo że wciąż jestem nieco nieśmiała, jeśli chodzi o rozmowy, to wszystko jest w jak najlepszym porządku. Ja rozumiem, mnie rozumieją. I już nie przejmuję się, że popełnię błąd, bo tutaj każdy je robi: „you was; she were” – proszę bardzo, normalka. I nikt na to nie zwraca uwagi! Tylko my, Polacy, mamy to do siebie, że bardzo się boimy braku perfekcji. Głupota! Chodzi o to, by się dogadać, a nie – zdobyć Nobla z elokwencji.

W moim pubie pracuje…trzech Brytyjczyków. Trzy Polki. A nie, cztery – bo jeszcze ja. Włoszka. Irlandka. Afrykanka. I Azjata. Jest miks, niemały. I kocham to! Jest wesoło i symatycznie, bez napięcia. Z szefem można rozmawiać jak z równym sobie, nikt się nie wywyższa, nie traktuje z góry. Dziewczyny za barem są cierpliwe i wyrozumiałe, spokojnie tłumaczą co i jak.
Klienci podobnie – dwa razy powtórzą nazwę drinka, gdy spojrzę na nich z cichym błaganiem w oczach. Bo nadal nie wiem, jak nazywa się jakiś tam rum czy whiskey, choć wina i piwa mam już w małym paluszku i po nocach mi się śni „pint of Stella, please”.

A czas wolny?

Po początkowym zachlyśnięciu się miastem, emocje nieco opadły. Chcę te trzy miesiące wykorzytsać na samorozwój, pracę nad sobą i poznanie Zosi. To idealna okazja, z racji tego, że aktualnie jestem z nią sam na sam.
Oczywiście, cały czas łażę, eksploruję miasto i wyszukuję coraz to nowych miejsc do zobaczenia, ale nie pędzę wszędzie na złamanie karku.
Dziś zaczęłam dusić się tym całym zgiełkiem i wielkomiejską codzinnością, więc wsiadłam w autobus jadący na wschód i gdy już minęłam miejsce, gdzie mieszkałam z Mamą przed dziesięcioma laty, wysiadłam na końcowej stacji, złapałam kolejny czerwony wehikuł i pojechałam jeszcze dalej. Summa summarum – po dwóch godzinach wysiadłam na zupełnych przedmieściach. Wokoło było pełno domów opieki i parę przeuroczych hotelików. Stary cmentarz za drewnianym płotem i wielkie wiktoriańskie wille. Znalazłam nawet las z (prawie) prawdziwego zdarzenia, gdzie nie było żywej duszy i śpiewały ptaki. Raj dla ducha! Nie wiedziałam, że tak bardzo można tęskinić za trelami skowornka i innej sroki. 😉

Lubię jezdzić autobusami. Nigdy nie siadam na piętrze, zawsze na samym końcu przy oknie. Głowę opieram o szybę i obserwuję świat za szkłem i współpasażerów. Zakładam okulary przeciwsłoneczne i bezwstydnie gapię się na każdego, kto wpadnie mi w oko. Bo mogę.

A poza tym? Lubię to miasto. I lubię siebie w nim zanurzoną.

A na koniec – co z tym Brexitem?

Powiem Wam, że wynikiem głosowania byłam zszokowana na równi z Brytyjczykami. Różnica głosów była bardzo niewielka – około miliona. Frekwencja była wysoka – około 70%. Niestety – popolistyczne hasła partii konserwatywnej wzięły górę. Wiecie, że za wyjściem z Unii głosowali głównie ludzie starsi, żyjący na wsi? Zostali zmanipulowani, nie do końca wiedzieli, co robią (tak, parę godzin po ogłoszeniu wyniku referendum w Google zauważono ogromny wzrost zapytania „what’s EU?”. Ci ludzie nie zdawali sobie sprawy z konsekwencji – wyjście z Unii to ograniczenie możliwości rozwoju dla młodych, to brak pracy dla Brytyjczyków, którzy wsółpracują teraz w obrębie UE, to droższe podróże za granicę i spadek wartości funta. To bardzo prawdopodobne referendum w Szkocji, dotyczące wyjścia ze Zjednoczonego Królestwa. To cios dla Wielkiej Brytanii. Już teraz wielu z głosujących żałuje, że postąpiło tak a nie inaczej. Trochę za późno…

Mówi się o drugim referendum – w co mało kto wierzy. Na szczęście dla nas – „imigrantów” – zmiany mogą zacząć się dopiero za 2-5 lat. Więc kto nie ma, a może mieć, szybko aplikuje o obywatelstwo. Ludzie zaczynają zabezpieczać przyszłość swoją i dzieci.

A Londyńczycy? Nie są zadowoleni. W dzień ogłoszenia wyników na ulicach widziałam trzy pikiety z plakatami „precz z granicami”, „precz z Torysami” – bo dla młodych, tolerancyjnych ludzi, Brexit to przejaw rasizmu, ostracyzmu i braku tolerancji właśnie. Jak to wszystko potoczy się dalej? Czas pokaże. Referendum nie było co prawda wiążące prawnie, ale nikt nie jest w stanie przewidzieć przyszłości.

IMG_4065.JPG

Macie jakieś pytania? Chętnie odpowiem.

Z.

2 Comments Add yours

  1. Wzrost zapytań ,,What’s EU”. ROTFL. Idź na referendum w sprawie czegoś, o czym nie masz pojęcia zamiast zostawić to tym, co wiedzą.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Lepiej bym tego nie ujęła… Ludzie są naprawdę zdegustwani tą sytuacją. W pubie wrze.

      Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s