Jak znaleźć pracę? Jakie formalności załatwić? I co mnie rozczarowało.

Ale ten czas leci… Jeszcze chwilę i minie tydzień, odkąd tu mieszkam.

Nie był to spokojny tydzień – łatwy też nie. Dużo rzeczy zobaczyłam, jeszcze więcej się pokomplikowało. Chcę to dla Was, ale też dla siebie, zachować w pamięci, dlatego piszę.


Niech to, co mi się przytrafia, będzie dobrą lekcją na przyszłość dla osób postronnych – pewnie są tacy ludzie, którzy uczą się na cudzych błędach i problemach, albo po prostu umieją wyciągać wnioski (ja się do nich nie zaliczam, ale na pewno tacy istnieją.)   Przetarłam szlaki, może komuś po poznaniu moich przygód będzie prościej. W razie pytań, uwag i rad – piszcie, wysłucham każdego.

Formalności w banku

W poniedziałek rano wszystko układało się jak po maśle. Na 10:00 umówiona byłam do banku – Llyods Bank. Pamiętajcie, że aby podjąć legalną pracę w Anglii, potrzebne jest angielskie konto. Koniecznie! Jak najszybciej trzeba iść do najbliższej placówki, ustalić godzinę spotkania z osobą odpowiedzialną za zakładanie kont i wziąć ze sobą dokument tożsamości – ja noszę paszport.

Najlepiej też załatwić sobie od razu po przyjeździe numer telefon i potwierdzenie adresu.

Na spotkaniu z przemiłą Michaelą musiałam podać wszystkie dane osobowe, powód przyjazdu do UK, parę szczegółowych informacji co do pracy i mieszkania. Na szczęście nie było mi potrzebne potwierdzenie adresu, którego jeszcze nie dostałam ze spółdzielni. Założyłyśmy Basic Account – czyli podstawowe konto, gdzie nie przysługują mi żadne profity. Ale też nie są mi one potrzebne – konto ma być po to, by pracodawca miał gdzie przesyłać mi pieniądze. Wszystko zajęło mniej niż pół godziny. Dostałam papiery, otworzyłyśmy bankowość mobilną – w piątek lub sobotę ma przyjść do domu list z kartą i PINem.
Założenie konta w banku – odhaczone

Chwila przyjemności – Little Venice, Notting Hill i Portobello

Myślę, że większość z Was słuchało kiedyś piosenek Duffy. Nawet jeśli nie byliście tego świadomi, to wpiszcie sobie „Warwick Avenue” i wszystko stanie się jasne (nie będę dodawać linków, bo pisanie bloga w obecnych warunkach to i tak naprawdę duża gimnastyka). Szukając informacji o części Londynu, która przedstawiona jest w powyższym utworze, natknęłam się na zdjęcia z bardzo urokliwego zakątku – Little Venice. To miejsce, gdzie Regent’s Canal styka się z odnogą Paddington Grand Union Canal. A co to tak naprawdę znaczy? Cudo w centrum miasta! Wzdłuż całego kanału, nie bez powodu nazwanego Małą Wenecją, przycumowane są dziesiątki, o ile nie setki, wielobarwnych barek i łodzi. Są zadbane, na dachach kwitną kwiaty, suszą się kolorowe pledy… Gdy spacerowałam wśród nich, podszedł do mnie Ahmed – na oko 60-letni Murzyn z zawadiackim uśmiechem. Zaczęliśmy rozmawiać, o wszystkim. Między innymi o różnicach kulturowych, zachowaniu Brytyjczyków i Brytyjek („British weather is like British women – changeable”).
Po ciepłym pożegnaniu, cała w uśmiechu, skierowałam się na Portobello Road.


I tu – pierwsze rozczarowanie. Może dlatego, że padało. Może przez to, że było poniedziałkowe południe. Może z racji tego, że nie było akurat słynnego Marketu, ale…nie zachwyciła mnie ta ulica. Owszem – jest kolorowo. Tak – mnóstwo tu sklepików z antykami. Ale to nic szczególnego. Pewnie gdybym pojechała tam w weekend, wszystko by rozkwitło – podobnie jak na Brick Lane. Ale w poniedziałek – wróciłam do domu zawiedziona. Jedynie Vintage Shopy okazały się być inne niż w okolicach Shoreditch – uwaga trendsetterki! – tutaj można kupić buty Manolo Blahnika za 50 funtów, albo płaszcz D&G za 70. Sukienka od Prady, spodnie od Versace to żadna niespodzianka. Jest w czym wybierać.

Pierwsze problemy – co zrobić, gdy obiecana praca wyparuje?

Gdy jechałam do Londynu, praca miała na mnie czekać. Wystarczyło załatwić formalności i zaczynać. Okazało się, że jest całkowicie inaczej. Pracy nie ma, albo i jest, ale na pół etatu.    A to mnie wcale nie satysfakcjonowało. Gdy dowiedziałam się, że wcale nie jest tak kolorowo, wieczorem, w poniedziałek, kładłam się do łóżka z bólem głowy, ściśniętym żołądkiem i z gruntem usuniętym spod nóg. Zaliczyłam przyspieszony kurs dorosłości i nie zdziwiłabym się, gdyby okazało się, że mam parę więcej siwych włosów.

Jednak ja nie z tych, co podwijają ogon i potulnie wracają pod spódnicę Mamusi. Co prawda, potrzebowałam mocnego kopa w tyłek na start, ale w pełni zmobilizowana – we wtorek zaczęłam działać.

Nie miałam kompletnie nic – ani CV, ani referencji. Tylko konto w banku, numer telefonu i ogromną determinację – skoro przyjechałam tu pracować, to będę to robić choćby nie wiem co! Na spotkanie w sprawie National Insurance Number (odpowiednik polskiego NIP-u, który trzeba sobie wyrobić, chcąc pracować w UK – (znowu: dzwonimy, umawiamy się na spotkanie, podajemy swoje dane i działamy) jestem umówiona na niedzielę rano.


Nie mając CV, miałam mieć raczej marne szanse – bo przeważnie pracodawca chce, by przesłać je mailem, albo dostarczyć na miejsce i dopiero wówczas umawiamy się na rozmowę i/lub dzień próbny. Na tę ewentualność (szukanie roboty) nie byłam przygotowana, bo miała ona na mnie czekać. Ale szybko okazało się, że nie czekała. Na szczęście, w środę Mamy koleżanka pomoże napisać mi dokument.


Jak w takim razie szukałam pracy, skoro to wcale nie takie łatwe? Miśki, powiem Wam jedno – robota leży na ulicy, wystarczy się po nią schylić. W wielu witrynach wiszą ogłoszenia – „We’re hiring; Stuff needed etc.”. Co więc wypada zrobić w tej sytuacji? Wejść, poprosić o rozmowę z kimś, kto tam ”rządzi” i wyjaśnić o co chodzi.


Gdzie byłam? Na Camden i na Soho. Jaki jest rezultat moich poszukiwań?

Odwiedziłam osiem knajpek. Różnorakich. Od ciastkarni, przez tapas, po lodziarnię.

Mimo braku CV i „wchodzeniu z buta”, na dziś, na 17.30 jestem umówiona na próbną zmianę w hiszpańskiej knajpce na Soho. Od piątku mogę zaczynać w angielskim pubie na Oxford Street, a w sobotę – idę na Camden do wegańskiej restauracji nad kanałem, na próbę.
Znowu mam stresa – wczoraj rano nie miałam żadnej pracy. Dziś – mam jej za dużo do wyboru i nie wiem, co zrobić.

Nikt za mnie jednak nie podejmie decyzji, sama muszę dokonać wyboru. Gdy będę już po wszystkich trzech próbach, mam nadzieję, że problem rozwiąże się sam.
Często tak jest – im bardziej się stresujemy, tym szybciej wszystko rozchodzi się po kościach.


Tak naprawdę to tylko brzmi tak kolorowo – ale nikt nie powiedział, że będzie łatwo, prawda?
Ale jeśli nie ja, to kto? Wierzę, że się uda. Wiem, że nic nie dzieje się bez przyczyny i wszystko jest po coś – a może być tylko lepiej. Londnyn miał mnie nauczyć życia i jak na razie – robi to bezkonkurencyjnie.

Trzymajcie kciuki.

Z.

P.S. Tak, spędziłam wczoraj pół dnia na kolorowym Camden Town, ale nie poszłam tam po to, by się zachwycać, więc poza zdjęciami nie mam dla Was nic. O Camden pojawi się osobny wpis po moim kolejnym pobycie tam – pewnie za jakiś czas pojadę na tamtejszy market, by zaszaleć.

Zdjęcia będą, gdy złapię chwilę oddechu – to nie lada sztuka dodać je z telefonu.

A teraz lecę podbijać karierowo miasto!

2 Comments Add yours

  1. Klaudia pisze:

    Byłam w podobnej sytuacji. Może nie za zagranicą, tylko w Polsce. Problem tkwił w tym, że miałam 16 lat, gdy rodzice stwierdzili – „Chcesz jechać gdzieś na wakacje? Zacznij dorabiać”. Nastolatki takiej jak wówczas byłam, nikt nie brał na poważnie, bo zbywali, zwalniali. Jednakże lubię trochę spontaniczności w życiu. Nie reaguje nigdy na diametralne zmiany. Nieważne czy złe, czy dobre. Staram się zawsze wszystko skierować na moją korzyść. Też dałaś radę i dzięki temu masz bezcenne wspomnienia i doświadczenia. Ważne, że się ułożyło.
    Pozdrawiam,
    http://niebotyczna.blogspot.com/

    Polubione przez 1 osoba

    1. Tak, najważniejsze to sobie poradzić. Z zimną krwią podejść do problemu i po prostu go rozwiązać.
      Tez miałam 16 lat, gdy poszłam po raz pierwszy do pracy. Myjnia samochodowa, płaca niższa niż najniższa krajowa – było cholernie ciężko, ale nie żałuję. To była dobra lekcja zycia – jak każda kolejna. Dzięki temu, ci ludzie, którzy szybko zaczynają, są lata świetlne przed rówieśnikami.

      Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s