Okolice Shoreditch. Brick Lane Market. Trzy galerie.

Dziś, pełna zapału, mimo ogromnego zmęczenia po wczorajszym dniu, krótko po wstaniu z łóżka, ubrałam się i poleciałam na dalsze eksplorowanie miasta.
W planach miałam odwiedzenie Shoreditch High Street, gdzie, według dostępnych mi źródeł, miały na mnie czekać trzy galerie sztuki i parę ciekawych sklepików. Zabrałam ze sobą coś do jedzenia, wodę i mogłam ruszać. Dobrze, że mam tzw. oysterkę, czyli kartę, która jest odpowiednikiem polskich biletów czasowych. Londyn jest świetnie rozwiązany komunikacyjnie – działa bowiem metro, którego łączna długość to prawie 500km; jezdzi mnóstwo słynych double-decker busów; znajdzie się też parę linii tramwajowych i zatrzęsienie taksówek. Opcji na doładowanie oysterki jest równie dużo. Ja – z racji tego, że wolę chłonąć miasto całą sobą i, co to dużo kryć, lubię podsłuchiwać ludzi, wykupiłam 7 Days buss pass – za 21 £ – która upoważnia mnie do jazdy wszystkimi autobusami we wszystkich strefach (a stolica podzielona jest na 9 stref, rozchodzących się eliptycznie od centrum do obrzeży – 1 strefa to ścisłe centrum, 9 – najdalsze przedmieścia) każdego dnia tygodnia. Cudnie, pięknie wspaniale! I nawet korki mi nie straszne.

Po godzinnej jeździe wysiadłam z drugiego z kolei autobusu. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to wszechobecne reklamy przypominające o dniu ojca (dziś, tj. 19 czerwca tatusiowie mają tu swoje święto). Wysiadłam na Shoreditch Station i jakoś mnie nie porwało…
Musiałam bowiem przejść dwie ulice dalej, by odkryć prawdziwe cuda niewidy – Brick Lane Market, okrzyknięty niedawno mniej zatłoczonym Camden Town. To cykliczna, cotygodniowa impreza, na którą zjeżdżają rękodzielnicy, artyści i szefowie kuchni. Klucząc wśród kolorowych uliczek można natknąć się na wszystko – stoiska z ciuchami z lat 70′ i 80′, setki spodenek Levi’s, starocie, płyty winylowe, fikuśne okulary przeciwsłoneczne… A poza tym – co rusz wyłaniają się budy z żarciem. Street Food w najlepszym wydaniu: wegańskie i surowe ciasta, kuchnia indyjska albo etiopska, niemieckie naleśniki, tajskie pierożki, hot-dogi; wszystko, czego dusza (a raczej żołądek) zapragnie.

Co jakiś czas – wejście na podwórze, gdzie albo swoje dzieła sztuki wystawiają rękodzielnicy (to tutaj kupiłam przepiękną, ręcznie wycinaną kartkę; ale były też pokemony zatopione w łupince od orzecha – to tylko brzmi tak fatalnie, słowo!, mnóstwo ręcznie malowanych koszulek, biżuteria od koloru do wyboru) albo do kolejnych foodtrucków zapraszają szefowie kuchni – i znów, rozsztrzał smaków przeogromny.

Przez blikso trzy godziny łaziłam po Brick Lane, wchodziłam do każdego możliwego Vintage Shopu (rada dla lubiących myszkować w ciuchach z dawnych epok: tu warto pooglądać/robić zdjęcia, ale zakupy róbcie w charity shopach albo na carbootsach (to pchle targi, działające tylko w weekendy – zamierzam się wybrać za tydzień albo dwa na jeden z nich), bo jest taniej i bardziej różnorodnie), zachwycałam się małymi, niezależnymi sklepami (jeden z nich specjalizował się tylko w kolorowych skarpetkach i krawatach; inny – okularach z lat 50′ i 60′; jeszcze inny – przypominał galerię sztuki użytkowej, gdzie na białych kubkach z porcelany i plakatach przysiadły szkice przerysowanych nieco zwierząt) i zajrzałam do Vintage Marketu – naprawdę duży magazyn w piwnicy, gdzie w boksach kolorowo ubrani ludzie sprzedawali jeszcze barwniejsze ciuchy.

To jednak nie był koniec wyprawy! Co to to nie – z racji tego, że minęło południe, mogłam zajrzeć na wystawy, które sobie obiecałam. Zaczęłam od dzieł Deedee Cheriel w Pure Evil Gallery na Leonard Street – swoją drogą jest ona tak bardzo ukryta, że nie wiedząc, gdzie iść, nigdy bym tam nie trafiła. Artystka poprzez kolorowe obrazy pragnęła zmusić oglądających do zastanowienia się nad współczesnym pędem i tym, jak wpływa on na nasz stosunek do otoczenia i na relacje międzyludzkie. Powiem szczerze – nie porwało mnie. Owszem, niektóre z dzieł były bardzo wymowne, barwne, ale za nic (choć bardzo się starałam) nie mogłam dostrzec powyższego przesłania.

Nieco zawiedziona postanowiłam skierować się do Calvert 22 – to galeria sztuki, gdzie od 12 czerwca trwa wystawa poświęcona architekturze postkomunistycznej. Co parę tygodni ma się zmieniać motyw przewodni – dziś akurat były to kościoły wybudowane po 1945 roku w…Polsce. No niestety – sztuki sakralnej nie rozumiem i nie lubię, a współczesne budowle poświęcone Bogu nie przemawiają do mnie zupełnie. Jednak – na kolejnym piętrze czekał ogromny stół, a na nim…wielka mapa Londynu. Jak wytłumaczyły mi kuratorki wystawy, „The Demolition Project” ma na celu odczarowanie złego uroku miasta. Na czym polega akcja? Już tłumaczę. Kto zajrzy do Alisy i Debbie, dostaje żółtą samoprzylepną karteczkę, na której pisze co i dlaczego chciałby zniszczyć (może być to dawna szkoła/dzielnica/sklep/była praca/obecna praca/szpital/mieszkanie, które sprawiły że było się smutnym, złym lub rozczarowanym), po czym nakleja ją w okolicy tego miejsca, a je same – wycina scyzorykiem co równa się zniknięciu z mapy. Powody są najróżniejsze. Zawody miłosne, marna płaca, karaluchy w wannie czy za ciasna sukienka.
Ja karteczki nie wzięłam, bo jak na razie miesto jawi mi się w samych superlatywach, ale rozumiem że można chcieć pozbyć się czegoś z powierzchni ziemi, sama zrobiłabym tak z paroma miejscami w Polsce.
Po krótkiej rozmowie z pomysłodawczyniami i wymienieniu porozumiewawczego uśmiechu z chłopakiem zza baru, który pochodził z Łodzi, wyszłam na poszukiwania ostatniej, najwięcej dla mnie znaczącej wystawy.

Migration Museum Project stworzyło wystawę „Call me by my name. Stories from Calais and beyond”, która ma na celu ukazanie prawdy o sytuacji uchodźców w „Dżungli” w Calais. Tak nazywa się obóz dla imigrantów na granicy strefy Schengen. Całość wystawy rozmieszczona jest w trzech dużych pomieszczeniach. W pierwszym znajduje się rzeźba setek figurek uchodźców. Na pierwszy rzut oka wszystkie są takie same. Gdy jednak przyjrzeć się bliżej – nie ma dwóch identycznych. Są różne postawy ciała, dłuższe i krótsze nogi i ręce, ale przede wszyskim – wyrazy twarzy. Przesłanie, które niesie dzieło mówi bowiem o tym, że każdy z uchodźców to człowiek z własną historią, z uczuciami, marzeniami i rodziną. Wśród nagonki mediów i szumu wokoło sytuacji imigrantów ze Wschodu i z Afryki nie wolno zapominać o pojedynczych jednostkach. I o tym właśnie jest projekt. W jednym z pomieszczeń oglądać można piękne zdjęcia autorstwa reporterów, którzy odwiedzili obozy.
Czy wiecie, że każdej nocy setki mężczyzn ryzykuje życie, by wydostać się z tego piekła, gdzie brakuje żywności, o higienie nie wspominając i wspina się na druty kolczaste, by przeskoczyć na drugą stronę? Większości z nich się to nie udaje, ale co wieczór próbują na nowo. Nie po to bowiem pokonali tysiące kilometrów, by teraz siedzieć zamknięci niczym zwierzęta w klatkach w zoo. Przyjechali do lepszego życia, do pracy, uciekli przed wojną. A zostali umieszczeni w barakach 2x2m za drutami.
Słuchałam opowieści ludzi, którym udało się przeżyć przeprawę morzem. Ciarki przechodziły mi po plecach raz za razem. Ja tu sobie żyję, swobodnie wjeżdżam do Anglii, szwendam się bez celu po ulicach Londynu, spełniam marzenia, a paręset kilometrów dalej są uwięzieni ludzie, których marzeniem jest uzyskanie azylu w UK. Miałam też ciarki podczas oglądania kilkunastu kamizelek wodoodpornych. Żadna z nich nie napawa optymizmem i ni daje nadziei – to hołd złożony tym, którzy stracili życie na morzu w czasie swojej drogi do wymarzonego raju.
Cała wystawa ma za zadanie uświadomić ludzi o tragedii, która dotyka uchodźców. Ma uwrażliwić na wysłuchanie pojedynczych historii niewinnych istot, które często traktowane są jako kolejne cyfry: tyle i tyle zginęło, tyle zostało rannych… To wspaniałe, że są takie organizacje jak Migration Museum Project, które chcą szeryć dobro. Bo podjęta przez nie praca naprawdę działa. Na mnie na pewno.

Po drodze zajrzałam jeszcze na Redchurch Street, gdzie na dwa tygodnie (od wczoraj, ale miałam szczęście!) pojawił się mały sklepik – dept. store for the mind. To dziecko Sophie Howarth, która miała w życiu lepsze i gorsze dni i po wyjściu z kolejnego dołka postanowiła pomagać ludziom. Założyła stronę internetową, gdzie współpracujący z nią artyści tworzą inspirujące przedmioty, mające służyć temu, byśmy w codziennym biegu zatrzymali się nad sobą i przemyśleli swoje życie. Są tu kartki z sentencjami, ołówki z wypisanymi cechami, które chcielibyśmy u siebie wzmocnić (do mojej torby trafił ten z „self control” (wiecie dlaczego), naklejki z motywacjami na co dzień i mnóstwo innych drobiazgów, które naprawdę sprawiają, że człowiek zaczyna się zastanawiać, czy to wszystko zmierza w dobrym kierunku.
Od dziewczyny z piegami, pracującej w sklepiku, z którą rozmawiałam dłuższą chwilę, dostałam namiary na tajemniczą stronę internetową. Ma być dla mnie okazją do poznania nowych ludzi. Gdy będę wiedziała więcej, na pewno dam Wam znać.
Tymczasem uciekam popatrzeć na deszcz bębniący o szybę.

Do niedługo!
Z.

P.S. Mam jeszcze sporo zdjeć, ale wrzucę je jutro – dziś telefon szwankuje, a mi skończyła się cierpliwość.

One Comment Add yours

  1. To ja tylko wysyłam pozdrowienia dla Lodzermenscha.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s