Trzy miasta. Bukareszt. Braszów. Sighisoara.

Znacie już historię podróży przez Polskę, życia z sympatycznymi kierowcami tirów i moje wrażenia z Rumunii. Dziś czas na ostatnią część relacji z mojej autostopowej wyprawy do kraju Drakuli – mowa o trzech miastach, które dane mi było odwiedzić w maju.

Gdy pożegnałyśmy się z Jarkiem i Markiem na obwodnicy Bukaresztu (który wcale a wcale nie był nam po drodze w początkowym planie wycieczki) miałyśmy z Martą do wyboru dwie opcje dostania się do centrum: iść (poinstruowane przez kierowców) na przystanek autobusowy „całkiem niedaleko”, albo dotrzeć do podmiejskiego dworca kolejowego i wsiąść w pociąg. Toteż niewiele myśląc, wyszłyśmy na drogę i…wyciągnęłyśmy kciuki w górę. W końcu autostopowy wyjazd do czegoś zobowiązuje, prawda? Po chwili (dosłownie 5 minut) zatrzymał  się mały biały samochodzik. Za kierownicą siedział rosły mężczyzna, koło 40. Po upewnieniu się, gdzie chcemy jechać, kazał nam wsiadać i oznajmił, że zawiezie nas na ten przystanek – bo to wcale nie było niedaleko, tylko jakieś pięć kilometrów.

Cristi okazał się przesympatycznym facetem. Summa summarum zawiózł nas aż do ścisłego centrum Bukaresztu (czyli nadrobił ponad 20 km, bo kierował się do firmy działającej przy obwodnicy!). A co więcej – wysadził \vis a vis Pałacu parlamentu 😀 Ależ miałyśmy szczęście! I do tego jeszcze, cała droga zajęła mniej niż pół godziny, bo to był dzień po święcie Wielkiejnocy i wszystkie instytucje publiczne były pozamykane, więc ruch na ulicach – znikomy. Podczas drogi kierowca dał rady, co warto zobaczyć i jak odnaleźć się w stolicy (pytać taksówkarzy, dokąd można by pójść i prosić o wskazanie drogi, ale korzystać z transportu publicznego, co by nie przepłacać).

Pod Pałacem byłyśmy około 10 rano. Na dużym parkingu – głównie autokary wycieczkowe z chińskimi, niemieckimi i polskimi turystami. Sama budowla robi ogromne wrażenie – jest wręcz monstrualnie wielka! Zdaje się mieć paręset metrów długości i przysłaniać cały świat.  Może taki był zamysł dyktatora Ceausescu:sprawić, by mieszkańcy nie widzieli nic poza jego dziełem? Rzuca się w oczy kunszt budowniczych, ale też komunistyczny, „szary” styl.
Nie zamierzałyśmy zwiedzać wnętrza „Domu Ludzi” (potoczna, dość znana nazwa), a po szybkiej sesji fotograficznej udałyśmy się do centrum, gdzie miałyśmy znaleźć stare miasto. Szłyśmy szeroką aleją, po lewej stronie mijałyśmy butiki odzieżowe, a po prawej – szeroką, pustą tego dnia, jezdnię. Pogoda niestety nam nie sprzyjała, całe niebo zaciągnięte było szarymi chmurami. Po małym zagubieniu, doszłyśmy do „starówki” – to bardzo szumna nazwa. Parę uliczek na krzyż, kilka ciekawych koncepcyjnie knajpek i koniec. Szczerze przyznam, miasto mnie nie zachwyciło.

Fakt faktem, byłam tam zaledwie parę godzin, ale są takie miejsca, które łapią za serce od pierwszego wejrzenia (jak chociaż rodzimy Wrocław, w moim przypadku). Tutaj – obyło się bez uniesień serca i motyli w brzuchu. Ot, szarość i ciągłe echa komunizmu.
Poza paroma kolorowymi akcentami (jak chociażby fikuśne wejście do pubu, pasiaste auto czy instalacje na ulicach) Bukareszt nie zrobił na mnie wrażenia. Specjalnie się na to nie nastawiałam, bo raczej niewielu ludzi jest zachwyconych tym miastem (więc nie spotkałam się z pozytywnymi opiniami na blogach podróżniczych).
Miłym akcentem była grecka knajpka, gdzie zjadałam lekki lunch, kupiłam część zastawy stołowej (genialny wręcz miedziany kubek malowany ręcznie). A przesympatyczni kelner i barman stanęli na rzęsach, by znaleźć sposób, w jaki dostaniemy się z Martą z centrum na wylotówkę.

Po południu, po raz n-ty się zgubiłyśmy i stwierdziłyśmy, że czas najwyższy lecieć dalej. Wieczorem musiałyśmy być pod Braszowem, czyli jakieś 170 kilometrów dalej. Nie do końca jednak wiedziałyśmy, jak ugryźć tę podróż. Po krótkiej naradzie…stanęłam na jezdni w centrum miasta i wyciągnęłam karton. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie fakt, że byłyśmy mokre jak kury – od godziny deszcz lał z nieba, a my chodziłyśmy po mieście bez żadnych przecideszczówek (mądra Zosia nie wpadła na to, że ma w kieszeni plecaka pokrowiec, a na siebie mogłaby założyć płaszcz)…
Fakt faktem, złapałyśmy…taksówkarza, ale on zawiózł nas aż do Otopeni (niecałe 20 km) za równowartość 15 zł. Tam, łapiąc w zatoczce autobusowej, gdzie za nami stało pięciu miejscowych, czekając na okazję, powtórzyła się sytuacja z przejścia granicznego w Barwinku – dzięki nam stopa załapało parę innych osób… A my, przemoknięte do suchej nitki (wełniana czapka nie chciała mi wyschnąć przez następne dwa dni), na cały głos śpiewałyśmy „Stokrotkę” (ok, będę szczera – darłyśmy się w niebogłosy).

IMG_2674.JPG

W końcu, po niecałej godzinie (najdłuższe łapanie w Rumunii!) zatrzymał się pan, który zawiózł nas do Ploiesti. Tam, na stacji benzynowej, rozstaliśmy się. Przez całą drogę nie zamieniliśmy ani słowa. Odezwała się tutaj bariera językowa…
Na stacji przesuszyłyśmy ciuchy, a poznana w łazience kobieta, która zagadała nas o couchsurfing, o stopa, o dalsze plany, kupiła nam kawę na rozgrzanie. Taki mały gest, a szalenie ucieszył 😀

Dzień miał się ku zachodowi, gdy zebrałyśmy się w sobie, by udać się dalej. Znowu, czekałyśmy parę chwil i przy wyjeździe z CPN-u zaoferował się Holender, który w Rumunii pomieszkiwał od dwudziestu lat. Stukilometrową podróż spędziłyśmy w najnowszym modelu BMW. Marta spała na tylnym siedzeniu, a ja starałam się kontrolować opadającą co parę chwil na podłogę szczękę, gdy widziałam za oknem transylwański krajobraz. Całą trasę spędziliśmy z kierowcą, rozmawiając o Polsce i Rumunii. O polityce, ekonomii, studentach i różnicach kulturowych. W stopowaniu własnie to kręci mnie najbardziej – rozmowy, dzielenie się doświadczeniami i możliwość spojrzenia na pewne sprawy z zupełnie innej perspektywy.

Wieczorem spotkałyśmy się z uczestnikami rajdu PoliRumunia, gdzie odnalazłyśmy Witka i Piotrka. Późno w nocy, po tańcach przy ognisku, kolacji z grillowaną cebulą w roli głównej (wege w podróży 😉 ), położyłyśmy się spać. Nie była to najprzyjemniejsza noc. Zimno, mokro i nieprzyjemnie (pragnę zaznaczyć, że to pierwsza nasza noc w namiocie od wyjazdu z Polski!). Przemarzłam jak cholera, mimo że założyłam na siebie grubą bieliznę termoaktywną, bluzę, dwa polary, grube skarpety, czapkę i rękawiczki…

Ranek był, jak na zastane warunki, piękny – może i nie było słońca, ale deszczu też nie. Gdy już udało mi się dobudzić towarzyszy (jestem żandarmem, jeśli chodzi o wczesne wstawanie na tripach – przecież chodzi o to, by zobaczyć jak najwięcej), zebraliśmy się i koło południa wyruszyliśmy dalej.

IMG_2033.JPG

Plan był taki, by cofnąć się do Braszowa, zwiedzić miasto i jeszcze wieczorem być w Sighisoarze (jedno i drugie wpisane jest na listę UNESCO – Braszowa nie planowałyśmy, ale chłopcy chcieli je zobaczyć, Sighisoara miała być naszą ostatecznością).

To było piękne popołudnie! Najpierw, złapaliśmy stopa w cztery osoby, co nie zdarza się zbyt często. Później, udało nam się oswoić z rozkładem jazdy miejskich autobusów i jadąc „1”. mieliśmy okazję przyjrzeć się szarej rzeczywistości miasta (a nie tylko zachwalanej w przewodnikach starówce). Wrażenia? Podobne jak w przypadku Bukaresztu – szaro, buro i ponuro. Braszów jednak ma tę zaletę, że leży wśród niewysokich gór i co chwila zza brudnych bloków wyłaniała się soczysta zieleń stoków. Największa różnica w porównaniu z Polską? Fikuśne budowle. U nas – bloki z dykty w kształcie prostokąta, tam – wystające balkony, schody w niecodziennych kształtach. Poza tym? Większy rozgardiasz na ulicach i sklepy bardziej przypominające te tureckie – lekko zaniedbane, wyblakłe i niekoniecznie zachęcające.

A sama starówka? Przepiękna! Barwne kamienice otaczają plac z ratuszem usytuowanym na samym środku. Od rynku odbiega mnóstwo wąskich uliczek, a na każdej z nich – przyciągające pomysłowymi witrynami sklepy i kawiarnie. W tle – co rusz wyłania się charakterystyczny napis na wzgórzu (odwieczne pytanie, kto wpadł na to pierwszy – Braszów, czy Hollywood? 😉 ).
Miasto (w odróżnieniu od stolicy) ma świetnie rozwiniętą sieć komunikacji. Na każdym przystanku znajduje się czytelna mapka z rozkładem poszczególnych linii, godzinami i poradami „co i jak”. Co ciekawe – bilety kupuje się na 30 minut i są ważne dla dwóch osób (nie ma pojedynczych, przynajmniej nam nikt takowych nie sprzedał…), a kosztują równowartość 4 zł.

Z dziennika: W cztery osoby jest znacznie weselej i więcej się dzieje. Jak to cudnie – nie znać się wcześniej, aż nagle spędzasz ze sobą 24h i jest przesympatycznie. Ludzie naprawdę potrafią być dobrzy, otwarci! Chyba na nowo zacznę wierzyć w ludzkość.

Łapcie dobrą radę: flaga wyciągnięta obok kciuka zawsze pomaga! Na wylotówce z Braszowa, Witek wyciągnął biało-czerwoną i prawie każdy kierowca szeroko się do nas uśmiechał, machał, trąbił. Reakcje były o wiele bardziej żywiołowe i przyjazne niż gdy próbowaliśmy złapać okazję ot tak, po prostu, stojąc z kartonem.
Mało tego – po chwili zatrzymała się policja. My spanikowani ze strachu „co to będzie, co to będzie” chcieliśmy uciekać. A pan policjant z uśmiechem na ustach zapytał, jak nam się łapie, skąd jesteśmy, co słychać i poradził, by lepiej stanąć parami a nie w czwórkę. Po czym – wsiadł do radiowozu i pojechał. Czy to nie piękne? ❤

IMG_2221.JPG

Po kolejnych przygodach, gdy w połowie drogi do miasta wybuchała nam opona w aucie, dojechaliśmy do przedmieść Sighisoary. Chcieliśmy rozbić się u kogoś w ogrodzie, by było bezpieczniej (tym bardziej, że przyczepiło się do nas cygańskie dziecko, które za nic nie chciało odejść). Niestety – nikt nie zapałał entuzjazmem do naszych propozycji (a kolację proponowaliśmy i koszenie trawy…). Rozłożyliśmy więc namioty na polanie pośród domów – poza dwoma pijaczkami wieczorem, nikt nie zakłócał nam spokoju.

A poranek…przeszedł najśmielsze oczekiwania! Po ulewnym Bukareszcie i mokrym Braszowie wzeszło wspaniałe, złote słońce. Bez ani jednej chmury na niebie (a Witek śmiał się ze mnie, gdy mówiłam, że kolejny dzień będzie piękny i słoneczny – nigdy nie wątp w pozytywy podczas podróży!). Kolejna rada: w namiocie rozłóżcie sobie folię izotermiczną (standardową z apteczki) – tak zrobiłyśmy tej nocy i to był strzał w dziesiątkę! Spałam w samej bieliźnie termoaktywnej i obudziłam się spocona. Ta noc i poprzednia noc to niebo a ziemia! Tylko trzeba uważać, by nie podrzeć folii, bo jest bardzo delikatna (i strasznie szybko się wyciera).

O 10 wyruszyliśmy na zwiedzanie. Co mogę powiedzieć? Stare miasto, położone na wzgórzu, z którego rozpościera się piękny widok na całą Sighisoarę, jest przecudnej urody. Aby się tam dostać, trzeba wdrapać się urokliwymi schodami a później…zabłądzić wśród brukowanych uliczek. Minąć dom legendarnego Vlada Tepesa, dotrzeć do najwyżej położonego punktu – bazyliki z cmentarzem i liceum (tak, ich wejścia są oddalone o jakieś 50 metrów, a mimo to w czasie szkolnej przerwy z głośników leci głośna, współczesna muzyka pop – super klimat, mówię Wam).

Z dziennika: Gdy moi towarzysze poszli do kościoła, ja usiadłam na murach warownych. Czułam wiatr we włosach, słońce pieściło promieniami moje plecy, a ja czułam się tak niesamowicie szczęśliwa! Mama napisała dziś, że niektórzy znajomi zlinczowali ją za to, że pozwoliła mi pojechać na stopa do Rumunii. Po czym dodała, że zdrowy rozsądek był dla niej zawsze…zupą z Azji (pozdro dla kumatych :p ). I ja się z tym zgadzam. Bo kierować trzeba się sercem. Najważniejsze jest przecież niewidoczne dla oczu. I ja tę Rumunię czuję całą sobą – duszą, myślami… I niczego nie żałuję.

Wieczorem, po burzliwej naradzie w Cluj Napoca…postanowiliśmy wracać. Zbliżał się już termin, w którym musieliśmy być w kraju, a nie wiadomo było, jak szybko uda nam się doczłapać do Polski. Rozdzieliliśmy się i podziękowaliśmy za parę dni wspaniałej przygody.

Z Martą – złapałyśmy stopa aż do przejścia granicznego w Oradei. Trzy godziny z gadatliwym Niemcem, który mieszkał w Hiszpanii, urodził się w Szwecji, pracował w Rumunii (nic nie zrozumiałam z tego, co mówił w mieszanym języku!). Na przejściu granicznym z Węgrami byłyśmy koło 24. Zjadłam na kolację przepyszne lody z pekanami i…po paru minutach zagadałam do pana z ciężarówki, który zabrał nas do nieszczęsnego Barwinka. Tylko granicę musiałam przejść na piechotę – a tak nabijałam się z dziewczyny parę dni wcześniej! Tak, złapałyśmy prosto do Polski! O świcie byłyśmy na miejscu. Znowu – przeklęte Podkarpacie – do 10 koczowałyśmy na granicy, po dopiero południu świetna babka zabrała nas z Rzeszowa.
Trasa Cluj Napoca – Barwinek = ok 7h/2 stopy.
Trasa Barwinek – dom = ok 17/niezliczona ilość stopów.
Nigdy więcej przez Podkarpacie!

IMG_2583.JPG

Na podsumowanie, sparafrazuję słowa naszej wybawicielki z Rzeszowa: „Ja? To kobieta wyzwolona, a nie zaprogramowana kulturowo!”.

Obiecałam jeszcze wpis o wyprawie od strony czysto technicznej/praktycznej. Dajcie mi chwilę, proszę – szykują się wielkie zmiany w moim życiu i nie będę miała czasu, by spisać wszystkie przemyślenia. Na bloga wrócę niebawem – z nową dawkę pozytywnej energii i przygód (no i rozkmin, wiadomo!) – a tymczasem obserwujcie Insta – tam działam prężnie i często.

Do napisania,

Z.

2 Comments Add yours

  1. Czy na jednym z malowideł jest przedstawiony Dzierżyński czy mi się wydaje ? 😀 A i Wrocław – wiadomo, super miasto 🙂

    Polubienie

  2. Nadal dziwi mnie (i to pozytywnie), jak wielu ciepłych i dobrych ludzi spotkałyście na swojej drodze. Super:)
    Powodzenia w zmianach!

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s