Bo ja nie lubię ludzi, którzy dużo mówią

Odpocznijmy na moment od Rumunii.

Wróćmy do tego, co tygryski lubią najbardziej – do życiowych rozkmin. Po to w końcu powstała Życiowa i to mnie w niej kręci. Nie mogłabym pisać o ciuchach, mimo że mam ich w szafie niemało, ani o książkach, choć czytam na potęgę. Ani o polityce. Ani o samolotach. Bo to nie są moje tematy. Ja czuję się dobrze w roli obserwatora, królika doświadczalnego dla losu. Nie filozofuję, nie gram, nie gdybam. Po prostu widzę, czuję, doświadczam i piszę. Okrawam rzeczywistość, by nie było tu nadmiernego bełkotu. Nie chwalę się, nie mam parcia na sławę. Jestem tu dla siebie, czy to się komuś podoba czy nie. Pewnie nie zostanę blogerem roku, gdyż nie wpasowuję się  trendy, ale nie płaczę z tego powodu. Bo gdy kiedyś najdzie mnie ochota, by zabłysnąć, to zabłysnę. Wówczas wezmę się w garść, zmobilizuję i zacznę działać. I osiągnę to, co sobie założyłam. Bo tak u mnie wygląda proces twórczy. Najpierw rozważam za i przeciw. Później zbieram informacje i gromadzę wiedzę teoretyczną. Następnie przystępuję do działania. A na samym końcu – jeśli mam taką ochotę – mówię, co udało mi się osiągnąć.

Ale chyba jestem w mniejszości.

Większość ludzi, których poznałam, najpierw mówi. Mówi. Mówi. Mówi…. I nic. Kompletnie nic z tego mówienia nie wynika.

To jakaś domena facetów (bo z kobietami zwykłam się nie spoufalać).
Opcji jest parę (dla każdego coś się znajdzie).

Spotykam go w pociągu. Słucham, jaki to on nie jest wspaniały: czego to on nie napisał – jest w końcu wschodzącą gwiazdą publicystyki; gdzie to on nie grał – nikt nie umie tak jak on hipnotyzować dźwiękami gitary; jakich to on nie podjął kroków ku przyszłości – założył firmę, pomógł mu najbardziej wpływowy rektor – to chyba oczywiste, prawda? I tak gada. A ja słucham. I uśmiecham się pod nosem. On myśli, że to podziw. A to jest zwykła kpina. Bo po jakimś czasie, gdy wpadam do niego na obiad, widzę tylko rozklekotane łóżko, parę zdezelowanych płyt i zeszyty ze studiów. Sprawdza się moje przypuszczenie. No…bo gitarę pożyczył kumplowi, firma jest in progress. Bloga niedawno skasował, więc nie poczytam. A że w smsach pisze „chamować” (naprawdę myślałam, że to neologizm od chama), czy „powarznie” to przecież wina słownika w telefonie. I tak chełbi się swoim „czego to on nie…”. Ale czy widać jakieś efekty podjętych rzekomo działań? Nie. Bo człowieka, choćby nie wiem jak bardzo był wygadany, nieumiejącego sklecić poprawnego ortograficznie zdania, nie przyjmą do Polska The Times.

O, albo inny Ktoś. Idziemy malowniczą ścieżką w parku (nie wiem, dlaczego podkreślam ten szczegół – chyba po to, by choć trochę odczarować bezsens przytoczonych za moment słów). Ja po prawej, on po lewej – bo tak lubi. Większość spraw musi być podporządkowana jego „bo lubię”. Uważa się za wolnego. Za pana samego siebie. Taki paradoks, wiecie. Bowiem ma naście lat, nie pracuje, mieszka u rodziców, których zwie „matka” i „ojciec”. O „tacie” nie usłyszysz, mimo że ten jest naprawdę w porządku i się stara. No więc, Ktoś idzie przed siebie i…mówi. I mówi. Że za jakiś czas stworzy w tej małej mieścinie wielki festiwal. Już rozmawiał z facetem, który się na tym zna (tak, obaj palili trawę na jakimś koncercie – do robienia faktycznych planów tło jak znalazł, ekhm). Ach, no i jeszcze w te wakacje to on zniknie z Polski, wyjedzie dawać koncerty. Ma w końcu parę „zespołów”. Jakoś nie dostrzega tego, że grywa próby raz na parę tygodni i nie ma swoich kawałków. Ale on podbije scenę muzyczną nie tylko w kraju ale i za granicą! No, wierząc jego paplaninie – na pewno.

Inny chce ratować świat. Pojęcie bardzo ogólne. Można by rzecz – worek bez dna. Każdy w pewnym momencie życia chce „zbawić świat”. Ludziom pomagać, zwierzętom dawać wolność, ratować damy z opresji. A później wychodzi się z przedszkola i dorasta. Już człowiek wie, że nie da pomóc się tym, którzy pomocy nie chcą i nie potrzebują. Już wie, że należy bać i troszczyć się tylko o samego siebie. Że świat nie jest kolorowy i wcale nie zasługuje na poświęcenie się dla niego.
Ale komuś tutaj te fakty umknęły. I mówi. I mówi. O ratowaniu świata. O wielkich rzeczach. Najpierw takie spojrzenie na rzeczywistość imponuje, nie powiem. Ale później szara codzienność uśmiecha się szeroko. I widać, że chłopak jedyne co w życiu robi, to zamiata chodniki i patrzy w sufit. A przepraszam – słucha jeszcze rozmów z tymi, którzy naprawdę do czegoś doszli. Ale on sam – nie robi nic w tym kierunku. On dużo mówi.

Nie lubię ludzi, którzy dużo mówią. Jakby nie chcieli zrozumieć, że na dobre by im wyszło siedzenie cicho i skromne działanie. Mark Twain napisał kiedyś: „Lepiej jest nie odzywać się wcale i wydawać się głupim, niż odezwać się i rozwiać wszelkie wątpliwości”. Tak, to prawda.

I ja nie chcę tutaj powiedzieć, że ci chłopcy niczego nie osiągną. Nie. Bo ja wierzę w marzenia i w to, że każde (KAŻDE!) można spełnić. Ale po co gadać o czymś, co fajnie brzmi, ale nie widać odzwierciedlenia w rzeczywistości?

Ostatnio byłam na siebie wściekła. Bowiem na fali dobrego humoru, podzieliłam się z dalekim znajomym planami na przyszłą wiosnę. „Wyjadę do Azji zaraz po maturze”. A on na to: „Jasne, a ja zostanę prezydentem”. Ludzie tak do tego podchodzą – lekceważą słowa, które wydają się zbyt wielkie.
Ja wiem, że jeśli się postaram, to osiągnę wszystko. W końcu miesiąc temu o tej porze byłam w Rumunii, a wczoraj wysiadłam z samolotu z Londynu. Ale to jest moje życie – ja ścigam marzenia. I nie będę mówić o ich realizacji zanim nie osiągnę realnych rezultatów. Bo wyjdę na idiotkę. A ja nie lubię, gdy się mnie lekceważy.

A Wy? Wolicie pięknie mówić czy realnie działać?

Z.

Zajrzyjcie na Instagrama albo na Facebook’a. Bądźmy w kontakcie!

6 Comments Add yours

  1. Milena pisze:

    Tak lekceważąc (wybacz) temat wpisu – jeśli chodzi o marzenia i tego Twojego znajomego, to zupełnie nie rozumiem pewnej, hm, kpiny? z jego strony. Zawsze z chęcią i zaciekawieniem słucham ludzi, którzy opowiadają o swojej przyszłości. Nie są w stu procentach pewni, czy marzenia się spełnią, ale super jest sam fakt mówienia o tym! Podziwiam ludzi, którzy myślą o przyszłości dalej, niż tylko o tym czy może w nadchodzący weekend napiją się ze znajomymi. 😉

    Lubię to

    1. Milena, gwoli sprostowania – kpina w całym tym tekście jest moja, osobista 😉 nie znajomego.
      Bo ja wiem, że oni wszyscy dużo mówili i nic z tego nie doszło do wniosku.
      A co do marzeń – tak, super jest się o nich rozwodzić, ale trzeba mieć do siebie dystans i nie epatować samochwalstwem…

      Lubię to

  2. Sławomira pisze:

    Ja raczej mówię i potem działam. I mówiąc o planach mówię raczej o robieniu czegoś niż o sukcesach, zaś moje mówienie zamiast działania jest spowodowane innym działaniem. Więc generalnie jestem z siebie zadowolona.

    Lubię to

    1. Ja jakoś nie lubię mówić o czymś, co nie ma rąk i nóg. Bo gdy w przyszłości okaże się, że nigdy ich mieć nie będzie, to wyjdę na idiotkę (w swoich oczach na pewno).
      Grunt, żeś zadowolona!

      Lubię to

  3. Laura pisze:

    Gdy przeczytałam „chamować” pomyślałam dokładnie to samo co ty. Znów dobrze napisane, mądre słowa z ust młodej ambitnej i gorliwej. I wiesz co? Wierzę w Azję. I wierzę w moje Podkarpacie. Bo wiem, że jak człowiek się uprze to przeniesie góry. Jestem zawsze pełna podziwu dla ludzi, którzy osiągnęli swój cel i staram się by napędzało mnie to w moich dążeniach. Mogę rozmawiać godzinami o moich pomysłach, planach, marzeniach, o Paryżu, o cieście marchewkowym, ale rzadko zdarza mi się mówić o tym co robię, bo zazwyczaj ludzie traktują to niepoważnie. Czasami nie myśląc coś powiem i potem jest zawsze trochę przykro, że ktoś w nas nie wierzy.
    L.

    Lubię to

    1. Tak, to przykre. Boli to, że ludzie nie traktują marzycieli poważnie.
      Pragnę zamieszkać w Nowej Zelandii. Za rok będę już w drodze do Nepalu. Czy to robi ze mnie kogoś godnego wyśmiania? Nie. Mam swoje plany i marzenia. I je realizuję. Małymi krokami do celu. Bez szumu. A gdy kiedyś mi się uda zrealizować wszystkie marzenia, to stanę przed tymi, którzy się śmiali i rzucę im prosto w twarz: „nie wierzyłeś we mnie, a ja tego dokonałam. co w tym czasie zrobiłeś Ty?”

      Walczmy o siebie i o marzenia! Bo warto. Naprawdę warto.

      Z.

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s