„Ciężarówką przez Europę” – bo kto powiedział, że trzeba się ograniczać?

Po fotorelacji i przeprawie przez Polskę czas na kolejną część reportażu z Rumunii. Gotowi na jazdę bez trzymanki? No to lecimy!

Już wcześniej pisałam, że pieprzony Barwinek, który miał być rajem, okazał się piekłem. Dlaczego? Bo jeździło tam aut jak  na lekarstwo, nikt się nie zatrzymywał, a na dodatek – jakąś godzinę po nas na granicę przyjechały dwie dziewczyny, uczestniczki rajdu z Gliwic. Wyciągnęły kciuk paręnaście metrów za nami i…złapały auto, które zatrzymało się kawałek za mną. Chyba nie była im znana autostopowa, niepisana zasada, że gdy łapie się w tym samym miejscu, to najpierw pakuje się do auta ten, kto dłużej stoi. Kulturka z Bielan poszła się bawić…

Co było robić? Popsioczyłyśmy z Martą na czym ten świat stoi, zeżarłyśmy gorzką czekoladę przeznaczoną na „czarną godzinę” i stałyśmy dalej. W zasadzie, to będąc od ponad 16 godzin na nogach, padałam na twarz i najlepsze, co mogłam zrobić, to położyć się na ciepłym asfalcie i czekać na zbawienie. Podnosiłam się na łokciach co naście minut
i zerkałam na szosę. Czasem zrywałam się pospiesznie, bo w oddali zamajaczył jakiś samochód. Ale mimo usilnych starań, nadal nic się nie działo. Powoli zaczynało się już ściemniać, gdy nagle zatrzymała się na poboczu całkiem spora ciężarówka. Patrzę – tablice
z moich okolic! Podeszłam do szoferki i po krótkim zamotaniu okazało się, że jest szansa na podwózkę. Na transport do samej Rumunii! I to jeszcze w komfortowych warunkach,
bo panowie jechali w dwójkę do Bukaresztu, więc ja mogłam zabrać się z jednym z nich,
a moja towarzyszka – z drugim. Jak mogłyśmy nie przystać na propozycję? 😀 Istna okazja nam się trafiła, trzeba było brać! Tym bardziej, że słońce już dawno zaszło, a mi odmarzały dłonie.

Wtargałam mój dobytek do środka, usiadłam w fotelu i oczom nie mogłam uwierzyć. Czy Wy wiecie, jak wiele miejsca jest w kabinie w tirze? Dwa wielkie fotele, dwa wyjątkowo wygodne łóżka, lodówka, szafki, cały elektroniczny osprzęt można podłączyć i jeszcze ogląda się świat z wysokiej perspektywy paru ładnych metrów. Warto było czekać!

IMG_1439
To tutaj spałam sobie jak królowa.

Kierowca, z którym miałam niewątpliwą przyjemność jechać, miał na imię Jarek. Na tirach jeździł od ’89 roku. Początkowo tylko po Polsce, od czterech lat – śmigał na Europę.
W swojej firmie najczęściej wysyłano się go do wschodniej części kontynentu. Serbia, Bułgaria, Rumunia. Zazwyczaj nikt nie chce tam jeździć, bo „kradną, nie jest bezpiecznie
i w ogóle – nie warto.” A Jarek jeździ. I to lubi. Gdy mnie zabrał, kierował się do Rumunii
po raz pierwszy od pół roku i zapewniał, że czekał na ten powrót niecierpliwie, bowiem czuł ogromny sentyment do kraju Draculi.
Trafił mi się bardzo dobry człowiek – opowiadał, jak nieraz na granicy biednych państw, wioząc zwroty z zabawkami, rozdawał całe palety maluchom z okolicznych wsi.

Zapytałam się go, czy lubi to, co robi. Odpowiedział, że tak. „Lubię zmieniać otoczenie. Ciągle muszę być w ruchu, wokoło cały czas musi się kręcić”. Nie powiem – zrozumiałam dokładnie, co miał na myśli. Też nie umiem odnaleźć się w jednym miejscu. Przeprowadzałam się dwadzieścia parę razy, mieszkałam w kilku miastach w Polsce
i za granicą i doszłam do takiego etapu, gdzie po półtora roku w jednym miejscu zaczyna mnie nosić. Kombinuję, co by tu zrobić, by wybyć, zmienić otoczenie, znaleźć sobie nową przystań. Tak rozumiem życie – jako ciągłą drogę, podróż. Bez celu, ale cały czas przed siebie.

IMG_1532.JPG
Nie byłabym sobą, gdyby nie ukazały się tu moje dwukolorowe stopy 😉

Z dziennika: „Nie chodzi o cel. Chodzi o…nic. Nic nie muszę, nic mnie nie goni, nic nie potrzebuję. Wszystko mogę – jadę tam, gdzie mnie poniesie, robię co chcę i kiedy chcę.
Nie mam określonego planu, mam przecież świat do odkrycia. W każdy możliwy sposób. Czy można pragnąć czegoś więcej? Ewentualnie tylko kogoś, z kim nawet największy mróz nie będzie chłodny, palące słońce nie będzie upałem, a ulewa – to tylko lekka mżawka.”

Na noc zatrzymaliśmy się na wielkim parkingu parę kilometrów za granicą słowacko-węgierską. Kierowcy tirów mają ściśle wytyczone godziny pracy. W ciągu dnia mogą jechać dziewięć godzin, w tym co cztery i pół musi być 45 minut przerwy. Dwa razy w tygodniu mogą pokusić się o dziesięć godzin jazdy. I co pięć dni muszą zrobić 48 godzin „wolnego”. To tak mniej więcej, w dużym skrócie. W aucie są zamontowane trzy GPSy, więc centrala doskonale wie, gdzie się znajdują, czy są w ruchu czy jadą, czy nie nadrabiają drogi…
Poza tym – jest jeszcze tachograf, czyli urządzenie, które rejestruje każdy ruch. Co do minuty. Gdy ma miejsce kontrola Inspekcji Transportu Drogowego lub jej odpowiadającym służbom za granicą, kontrolujący może poprosić o wydruk zapisu z tachografu z kilku dni wstecz. Za niestosowanie się do którejkolwiek z reguł grożą surowe, wysokie kary. Płacone oczywiście przez kierowcę, nie przez pracodawcę.

Noc okazała się idealnym remedium na trudy dnia. Na parkingu była mała kanciapa, gdzie można było za niewielką opłatą wziąć prysznic. Niewiele myśląc, wzięłam pod pachę ręcznik, piżamę i kosmetyczkę i ruszyłam w stronę łazienki. Jarek w ostatniej chwili zatrzymał mnie i dał torbę sportową „żebym nie musiała nosić tego wszystkiego w ręce”.
Nic nie zakłóciło mi snu, poza pytaniem czy jest mi wygodnie i czy nie potrzebuję koca albo poduszki.

IMG_1507
Nie mogłam się powstrzymać…

Rano obudziłam się pełna energii i mogłam ruszać w dalszą drogę. Niestety, okazało się,
że Jarek i Marek (tak miał na imię kierowca, z którym jechała Marta) muszą spędzić na parkingu cały dzień, bo w niedzielę panuje na Węgrzech zakaz jazdy dla tirów.
W pierwszej chwili – chciałam spakować plecak i iść łapać stopa w stronę Rumunii,
ale gdy przez dłuższą chwilę poobserwowałam puściusieńką drogę i zobaczyłam oczami wyobraźni, że będzie nas tu czekała powtórka z rozrywki z Barwnika (gdzie podziały się te wszystkie auta?!), stwierdziłyśmy z Martą, że nic się nie stanie, gdy pobędziemy z naszymi kierowcami na parkingu i nad ranem pojedziemy z nimi dalej.

Po śniadaniu poszłyśmy na spacer do pobliskiej wioseczki. Tornyosnemeti.
Czy zastanawialiście się kiedyś, dlaczego język węgierski tak bardzo różni się od tych słowiańskich, z którymi jest przecież w bliskim sąsiedztwie? Ja już wiem. Choć jest
to tylko jedna z wielu teorii. Według mojego rozmówcy, w IV w.p.n.e Aleksander Wielki przywiódł na tereny dzisiejszych Węgier plamię wojowników – walecznych Mongołów, – którzy zachowali suwerenność, mimo że byli otoczeni ze wszech stron przez Słowian; stąd wziął się język niepodobny do żadnego z okolicznych.

To był piękny dzień. Słońce grzało jak szalone, na niebie nie było ani jednej chmury, a we wsi kwitły kwiaty w tęczowych barwach. Mało tego! To tu po raz pierwszy w tym roku widziałam pachnące bzy i ukochane kasztanowce.

Gdy wróciłyśmy, pomiędzy dwoma tirami zastałyśmy…majówkowego grilla. W końcu, jak powiedział nam jeszcze w Polsce Michał: „narodowe święto grilla musi być!” 😀

Podczas obiadu poznałam małżeństwo: Ewelinę i Radka, którzy od trzech lat jeżdżą razem
w trasy. On prowadzi, a ona mu towarzyszy. Jak sama mówiła, nie chciałaby siadać
za kółkiem. Kobieta ta, mimo że od dłuższego czasu obraca się w towarzystwie kierowców, powiedziała, że podziwia naszą odwagę – bo sama niekiedy boi się przejść w nocy przez parking. Pewnie miała rację. Ja jednak wierzę, że dopóki dopóty ja jestem dobra dla innych, oni odwdzięczą mi się tym samym. A dodawszy do tego umiejętność niereagowania
lub spławienia głupich zaczepek i gaz pieprzowy w kieszeni, człowiek może czuć się względnie bezpiecznie.

W podróży, obojętnie czy samotnej czy większą grupą, zawsze trzeba mieć oczy dookoła głowy. I nie okazywać strachu – mężczyźni (bo kobieta raczej by mnie nie zgwałciła)
są bowiem jak zwierzęta: gdy poczują uległość i lęk, rzucają się na ofiarę. A gdy taka ofiara śmieje im się w nos, to dwa razy zastanowią się nad dalszym działaniem, a Ty masz czas,
by spokojnie rozeznać się w sytuacji. I albo uciekać, albo walczyć, albo – jak ja – wyjść z tego z wysoko uniesioną głową. Nie jadę, nie myśląc. Ja może i robię szalone rzeczy, ale nie działam nieodpowiedzialnie. Nie pcham się tam, gdzie mnie nie chcą, albo chcą podejrzanie za mocno. Trochę pomyślunku, Ludzie!

Na parkingu tamtej niedzieli przewinęło się paręnaście par autostopowiczów – część z nich, jak się okazało, spała w tym miejscu, by rano łapać wyjeżdżające na Węgry tiry. Wśród „pechowców” znalazło się dwóch studentów z Polibudy Śląskiej. Łukasz (dla znajomych Witek) i Piotrek. Jak łatwo się domyślić, śmigali do Braszowa. Przesympatyczne chłopaki! Znali się jakiś czas i obmyślili świetny plan na wyprawę: z niczym nie zamierzali się dublować, by nie dźwigać niepotrzebnych ciężarów. Dlatego też mieli jedne japonki, wspólne żarcie, jedną menażkę i niezbędnik… Nie zapomnę, jak „kłócili się” o to, co zjeść na kolację. Czy owsiankę (tak, mieli ze sobą płatki owsiane, rodzynki i nawet suszone śliwki!) czy chleb z pasztetem? Jeden drugiemu tak poważnie argumentował swoje racje, jakby chodziło o sprawę wagi państwowej.
Tak nam się dobrze gadało, że postanowiliśmy spotkać się w Braszowie i razem zjechać choć część Rumunii. Chłopaki nie mieli określonych planów, a czasu – w nadmiarze – my natomiast chciałyśmy wesołego towarzystwa.

W poniedziałek rozstaliśmy się z zamiarem spotkania za parę dni.
Wczesnym rankiem wyruszyłyśmy w dalszą trasę. Przejazd przez Węgry: to dzika przyroda, krajobrazy niczym wyrwane z albumów o Afryce, przedstawiających ciągnące się kilometrami sawanny. Płasko, zielono, bezludnie. Co jakiś czas pojawiało się miasto, chociażby Miszkolc – białe wieżowce skierowane ku niebu przypomniały mi Turcję, gdzie
na stromych, surowych wzgórzach dumnie pięły się całe nowobogackie osiedla drapczy chmur. Wśród wielkich budynków krzątały się grupki mieszkańców poubieranych
w odblaskowe uniformy – nie wiem czy przypadkiem nie w ramach jakiejś lokalnej pracy społecznej, na wzór japońskich miast, sprzątali ulice, jednocześnie plotkując o sąsiadach. Ciekawy sposób na spędzenie wolnego czasu, prawda? W Polsce by nie przeszło. Zamiatanie ulic? Fuj!

Z przejścia granicznego Ártánd-Borş zapamiętałam tylko liliowe budki strażnicze, długą kolejkę i dziewczynę, która przekraczała granicę na piechotę. Jechała w jednym tirze
z koleżanką (tak, to też uczestniczki rajdu), co jest nielegalne, więc musiała iść sama i po rumuńskiej stronie dołączyć do znajomej. Nie powiem, dziwne było dla mnie to przechodzenie obok strażników z rękami w kieszeniach. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, co mnie samą czeka za czas jakiś…

IMG_1555
W budce w takim kolorze to ja bym mogła pracować non-stop!

Z dziennika: Rumunia! I kolejne marzenie spełnione. Po to w końcu są – by je realizować. I już w głowie tworzyć sobie następne. Bo czym byłoby życie bez nich?! Jestem najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi! To jest miłość ❤

Zakochana po uszy,

Z.

3 Comments Add yours

  1. Patrycja pisze:

    Mega mega ❤
    Też jeżdżę stopem, w majówkę przejechałam trasę: Legnica – Paryż – Sait-Tropez, Nice, Monaco Monte Carlo – Legnica.
    Mega przygoda, najlepszy sposób na podróżowanie 😀
    Super post, szkoda tylko że zdj tak mało 😀 Uwielbiam duże fotorelacje ❤

    Polubienie

    1. Zdjęć było pełno w przedostatnim poście 😉
      Francja! 💛 Kocham miłością jeszcze niespełnioną, ale już planuję jesienią upolować jakiś tani lot i fru!

      Polubienie

  2. Węgrzy mówią językiem ugrofińskim – czyli zupełnie nie należą do języków indoeuropejskich jak Słowianie (i Niemcy, wszyscy Germanie, Francuzi, Rumuni, Włosi i Grecy) ale mówią czymś podobniejszym do języka fińskiego lub udmurckiego (też jest ugrofiński). Przodkowie Węgrów przedarli się z północy na Węgry dość późno, są tu krócej niż Słowianie. Rekordzistami w Europie są również nie indoeuropejscy Baskowie – siedzą u siebie tak dawno, że nikt nie wie, skąd się wzięli.
    ,, Jeden drugiemu tak poważnie argumentował swoje racje, jakby chodziło o sprawę wagi państwowej.” Ej, to jest sprawa wagi państwowej 🙂 Jeszcze by źle wybrali i co? 😛

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s