Pojechałam na stopa do Rumunii. Bo mogę!

IMG_1428

Gdy zadasz mi pytanie, co mną kieruje, gdy robię coś, co wykracza poza ramy zwyczajności, odpowiem Ci krótko: „Bo mogę”. Mogę robić sobie tatuaże, które nie będą nic oznaczać,
a jedynie zaspokoją moje poczucie estetyki. Mogę nosić dwie różne skarpetki. Mogę głośno krzyczeć, że coś mi się nie podoba. Mogę jeździć nad morze do obcych ludzi i świetnie się
z nimi bawić. Mogę też jechać na stopa w świat. Robię szalone rzeczy, bo mogę. Bo chcę.
Bo mnie to kręci. Chcesz? Mogę sobie to wytatuować na czole.

Nic mnie nie ogranicza, jestem wolnym człowiekiem i to ja ponoszę konsekwencje swoich decyzji, więc Tobie nic do tego. Może i jestem szurnięta, ale na pewno nie nieodpowiedzialna.

Niedawno zaczęłam żyć. Do pełni szczęścia zostaje mi tylko wyeliminowanie jednej przeszkody. Wreszcie bowiem przestałam dużo mówić, o tym „co zrobię”, a zaczęłam…
to robić. Wiecznie gadałam, że będę podróżować, gdy tymczasem siedziałam w domu, czytałam książki i spoglądałam przez okno. Aż wreszcie nadszedł ten dzień, gdy słowa już nie wystarczyły. Zaczęłam wprowadzać je w czyn.
Już nie mówię, ja działam.

Wróciłam do mojej Bucket List, przejrzałam ją i postanowiłam zacząć wcielać w życie zaległe, zapomniane plany. Na pierwszy ogień poszła Wielka Podróż. Nie myśląc wiele, zaczęłam rozglądać się za towarzyszem. Najchętniej pojechałabym sama, ale niestety dostałam odgórny warunek, że ktoś jednak być musi.
Znalazłam Martę – dziewczynę, która miała czas, ale nie miała kompana i miejsca.
Ja miałam czas i miejsce, ale nie miałam kompana. Jaki z tego wniosek? Jedziemy razem! Kierunek – Rumunia. Bo to piękny, dziewiczy kraj, gdzie mieszkają bardzo pozytywni ludzie, napiętnowani przez chore stereotypy. Chciałam na własne oczy przekonać się,
jak naprawdę się tam żyje i, czy rzeczywiście jest się czego bać (jak twierdziła większość ludzi, z którymi rozmawiałam – a ci, pragnę podkreślić, nigdy w kraju legendarnego Draculi nie byli…).

IMG_1407.JPG
Ho ho, strzeżcie się planów wyprawy!

Termin był idealny – początek maja, przedłużony weekend (od 30.04 do 08.05). Ustaliłyśmy sobie zgrabny plan: wyruszamy z Wrocławia, w Barwinku przekraczamy granicę
ze Słowacją. Później szybko do Rumunii na przejście w Satu Mare i na wschód: Sapanta
i Wesoły Cmentarz, Suczawa, gdzie jest Dom Polski, po czym odbicie na południe –
do Wąwozu Bicaz i Jeziora Czerwonego; ewentualnie Delta Dunaju  i powrót na zachód:
w stronę zamku Peles, Szosy Transfogarskiej, zapory w Curtea de Arges i udanie się
w stronę kraju, zahaczając jeszcze o Padis i Jaskinię Niedźwiedzią. Taki był plan.

Trzymałyśmy się go do czasu…dotarcia do Barwinka. A później – hasłem stało się „plan jest taki, że planu nie ma”. YOLO.

Podróż była szczęśliwa już od samego początku. Do Marty dojechałam pociągiem. Lubię jeździć pociągami. Mają w sobie „to coś”, czego nie ma autobus. Jest spokój, dużo przestrzeni, można iść na spacer. A przy okazji – ile ciekawych rozmów można przeprowadzić! Nie miałam wykupionego miejsca, a mimo to udało mi się całą trasę przejechać w przedziale pierwszej klasy. Raj. Poznałam kobietę, która dopiero co wróciła
z miesięcznej wyprawy do Australii i do Indonezji. Miśki, jak ona cudnie opowiadała o Bali!

We Wrocku spałam i w sobotę około czwartej rano wyruszyłyśmy z Martą na wylotówkę. Wrocław Bielany. Stacja benzynowa. Akurat przed nami stopa do Zakopanego łapały dwie dziewczyny w narciarskich spodniach i kolorowych czapkach (było lodowato!!).  Gdy one wsiadły do auta jadącego na południe, my wyciągnęłyśmy kciuki i karton. Za nami
już ustawiała się kolejka – pełna kulturka: gdy  jedna para złapała, na jej miejscu przy wjeździe na stację stawały kolejne osoby. Nikt się nie kłócił, wszyscy byli uśmiechnięci.
Ktoś wybierał się na Słowację, ktoś inny do Pragi. Znaleźli się też podróżujący do Rumunii – w końcu tego samego dnia z Gliwic startował rajd autostopowy do Braszowa! Swoją drogą, świetna inicjatywa – z wielu miast w Polsce wyruszały rajdy na majówkę do Chorwacji,
do Włoch, na Bałkany… Zabawa przednia – parędziesiąt par śmiga w jedno miejsce, tam są tańce i długie rozmowy, super integracja i po paru dniach – spokojny powrót do domu.
My też jechałyśmy do Rumunii, ale na własny rachunek.

Z dziennika: „Już czuję tę wolność i zmianę sposobu patrzenia na świat po powrocie.
Te podróże dają mi ogromnie wiele. Staję się kimś innym, lepszym, dojrzalszym. W drodze czuję się jak ryba w wodzie. Wszystko inne mogłoby nie istnieć. Tylko ja i te dni spędzone
w trasie”

Z Wrocka złapałyśmy stopa do Katowic. Zabrał nas pan, który cały tył vana miał po dach zapakowany oponami. Człowiek niebojący się życia, zdaje się – z tyranicznymi zapędami, ale przez dwie godziny jazdy nie dał po sobie poznać, że zamierza nas związać i zniewolić. Zamiast tego – rozmawialiśmy o języku. I mam tu dla Was zagwozdkę: czy wiecie,
że w żadnym innym kraju nie istnieje słowo „kombinować”? Swoją drogą, jakbyście wytłumaczyli, co w ogóle znaczy ten czasownik? 😉

Po zjedzeniu owsianki na stacji w Kato, nastała pora, by ruszać dalej. W tym czasie dostałam SMS’a od Mamcika, że ten dzień to drugi najszczęśliwszy dzień jej życia.
Bo wreszcie ja – jej kochana Zońka – spełniam swoje marzenia, a ona dopinguje mnie
w tym całą sobą. (Pierwszym był ósmy czerwca osiemnaście lat temu

Następne przystanki miałyśmy w Chrzanowie (podwiozło nas małżeństwo, które było
w Rumunii na motorach i jechało właśnie w Beskidy na trekking) i Krakowie. Skąd do Tarnowa zawiózł nas Michał – złotą nowiutką dacią – on także był w kraju, do którego się wybierałyśmy. Też na stopa. Kazał odpuścić sobie miejsca, które chciałyśmy odwiedzić
i polecił Sighisoarę, Braszów, Sybin, monastyry koło Suczawy i Dom Polski w Nowym Sołońcu w gminie Kaczyka. Nie powiem, dał nam do myślenia swoimi opowieściami.
A opowiadał barwnie: o śliwowicy pitej na rumuńskich urodzinach, na które zawędrowali przez przypadek, o Cygance kochającej naszą ojczyznę („Ja była w Polska, Polska piękny kraj!”), o tym, że „chłopak na stopa stanowi zbędny balast” (pozdro dla kumatych); żartował z „narodowego święta grilla” i porównał mojego pingwina na dłoni do…zakonnicy („bardziej do pingwina jest podobna siostra zakonna niż ten obrazek tutaj” 😉 ).

Z dziennika: „W podróży nie chodzi o sam cel, a o drogę ku niemu – o ludzi, o wolność, rozmowy o wojażach i życiu”.

W Tarnowie Michał sam złapał nam stopa – wsiadłyśmy do punto jego nieco zszokowanego kolegi, który, chcąc nie chcąc, zawiózł nas aż do Krosna. Stąd już tylko trzydzieści kilometrów do granicy! Przed nami ciągnął się ogromny korek, więc aby nie obciążać kierowcy, wysiadłyśmy z auta i postanowiłyśmy poszukać kogoś, kto zawiezie nas na samo przejście. Niestety – w tym momencie odezwały się fizjologiczne potrzeby, a że my nie byłyśmy jak facet, co zrobi to, co ma zrobić, dosłownie wszędzie, a że ustronnego miejsca nie było, to weszłyśmy komuś na podwórko i bez wstępów zaczęłyśmy:
– Dzień dobry, bardzo przepraszamy, ale jedziemy z daleka i bardzo chce nam się siusiu (zawsze chce mi się śmiać, gdy pada to słowo – jest cudaczne :p ) – czy możemy skorzystać
z toalety? – tutaj do akcji wkroczył uśmiech aniołka, a pani, która była w niemałym szoku, szybko odpowiedziała:
– Tak, proszę – tam są drzwi.
I tym oto sposobem zagościłam nawet w Podkarpackiej łazience. A to przecież dopiero początek wyjazdu!

Po szybkim obiedzie (wspominana w fotorelacji buraczkowa) – zaczęłyśmy łapać już na granicę. Istna porażka! Mówię Wam, autostop na Podkarpaciu kuleje jak pies bez trzech łap. Miałyśmy auto na dziesięć-piętnaście kilometrów i finito, i to jeszcze po czekaniu jakiejś godziny. Najpierw do Dukli zabrał nas pan budowlaniec, opowiadając po drodze
o okolicznych atrakcjach – jak na przykład o pierwszej na świecie kopalni ropy naftowej w Bóbrce czy o najdłuższej w Europie alei akacjowej (213 drzew) w Dukli.

IMG_1421
Ma się ten dryg do utrudniania sobie życia.

Stamtąd już prosto do Barwinka zgarnęły nas vanem dwie szalone podróżniczki. Przyjaciółki, które uderzały w Beskid Śląski. One znowu, jak wcześniej Michał, sugerowały zmianę naszych planów – mówiły o północy, o Transylwanii, Delcie Dunaju… Same baby
w niebieskim dostawczaku – śmiechu było co nie miara. Na granicy wysiadłyśmy uhahane jak nigdy.

O 14 byłyśmy w Barwinku. Słońce pięknie świeciło, wokół panoszyła się wiosna. Przed nami rozciągała się szeroko trzypasmówka, która ginęła za wzgórzem, już na Słowacji. Pobocze porastała bujna trawa, w oddali majaczyły świerki i sosny. „To chyba Arkadia” – pomyślałam. I wtedy zaczęło się piekło.

Tego sielankowego krajobrazu nie mącił żaden samochód. I wszystko byłoby pięknie, gdybym właśnie na takowy nie czekała!

Co działo się dalej…?

Czekajcie na kolejną relację z wyprawy!

Z.

P.S. Że się rozpisuję? Że mam dygresje? Że piszę nie tak jak powinnam? Mój blog, moja Rumunia, moja relacja. BO MOGĘ. Dziękuję za uwagę :*

IMG_1425.JPG
Istny Eden!…by był.

13 Comments Add yours

  1. PerQ03 pisze:

    Piszesz pięknie, dygresje są świetne! Z pewnością zostanę, by śledzić Twoje dalsze poczynania. Szerokości, jak zawsze!

    Lubię to

    1. Dzięki! Zostawaj do woli, rozgość się 🙂
      Szerokości!

      Lubię to

      1. Patrycja pisze:

        Jak fajnie, że nie tylko ja piszę takie dłuuugie posty xD
        Mojego ostatniego stopa na blogu rozbiłam na dwie części też i każda długa, ale osobiście wolę takie relacje 😀
        Ale na tym to chyba polega, aby napisać coś wartego tego przeczytania, a nie kilku słów i oto cały nasz blog. Super, czekam na więcej i pisz jeszcze dłuższe!
        Pozdrawiam,
        Patrycja:)
        http://bedziesz-miedzy-gwiazdami.blogspot.com/

        Lubię to

  2. Ac pisze:

    Hej hej hej! Pozdrawia uczestnicza rajdu z Gliwic, która tego samego dnia przekraczała, a w sumie to spała na granicy w Barwinku😀 z zainteresowaniem będę czytać o Twoich podróżach, bardzo ciekawie piszesz

    Lubię to

    1. Hej hej! Pewnie spotkałyśmy się po drodze – w takim tłumie było to nieuniknione 😉
      Super, ze Ci się podoba!

      Lubię to

  3. Laura pisze:

    Cudowna jak zawsze. Pięknie napisane, jak zawsze po twojemu, pełne pasji.

    Lubię to

    1. Zawsze chciałam pisać reportaże. Może w koncu coś z tego będzie 😉

      Lubię to

  4. Verenpainetauti pisze:

    Kombinować to angielskie combine. Oczywiście nie w potocznym znaczeniu, ale nie ośmieliłabym się stwierdzać, że słowo w żadnym innym języku nie ma swojego odpowiednika. Do tego wytłumaczyć jest dość łatwo, poszukaj w słowniku jeśli masz z tym problem.

    Masz fajny, lekki styl pisania, ale widać, że nie sprawdzasz faktów o których piszesz. Oczywiście „bo możesz”, ale przez to do tych najlepszych blogerów trochę Ci brakuje.

    Lubię to

    1. Verenpainetauti… że pozwolę się z Tobą nie zgodzić. „combine” to z angielskiego: łączyć, wiązać, mieszać. Czy to znaczy to samo, co nasze „kombinować”? Szczerze wątpię. To już bliżej prawdy była Sławomira z komentarza u dołu. Dla mnie to słowo oznacza tyle co: cwaniacko tworzyć coś z niczego, co według większości jest zgoła nierealne. To bardzo wąskie i nadal niekompletne tłumaczenie. Nie ma odpowiednika tego wyrazu w innym języku.

      Nie wiem, o jakich faktach piszesz, ale to nieprawda. Nie piszę niczego, o czym wcześniej się nie upewniłam.

      Z.

      Lubię to

  5. ,,kombinować” – chachmęcić 🙂 Mam wielką ochotę przeczytać twój dziennik, a w ogóle, pozdrów mamę ode mnie.

    Lubię to

    1. Mój dziennik pojawi się tu jeszcze we fragmentach, w całości – wara! 😉

      Mamcik też śle pozdrowienia!

      Lubię to

  6. Małgosia G pisze:

    Jak przeczytałam akapit z „smsem od Mamcikia” to aż się przez łzy uśmiechnęłam. Zazdroszczę mamy i czekam na kolejny post! Pisz szybko, bo mnie ciekawość zżera!

    Lubię to

  7. O tak! Jest czego zazdrościć ❤
    Kiedyś tego nie doceniałam, a dziś jak o Niej myślę, to czuję takie ciepło w sercu i motyle, jakich mało 😉

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s